Spadkobiercom brakuje kulinarnego polotu
Łódzki Klub Spadkobierców ma nie tylko rewelacyjne położenie — w samym centrum przy ulicy Piotrkowskiej, ale także jego wnętrze należy do najpiękniejszych w mieście. Niestety, mimo że kuchnia serwuje staropolskie dania, nawet smaczne, to bez polotu.
Łódź słynąca z secesji może się pochwalić wieloma pięknymi obiektami. Wnętrze Klubu Spadkobierców jest niepowtarzalne. Restauracja przyjmuje swoich gości w pięciu salach, zachwycających przepychem i bogactwem zdobień, ornamentów i rzeźb, z których wiele zachowało się z początku wieku. Lubią się tu spotykać łódzcy biznesmeni, spadkobiercy miejscowych tradycji przemysłowo-handlowo-bankowych. Wielkość sal pozwala na zorganizowanie zarówno dużych konferencji, jak i spotkań w kameralnym gronie. Kuchnia jest tu tradycyjna, staropolska. W karcie: mięsa, drób, ryby. Zaczynamy od zakąsek — obok różnego rodzaju śledzi, także karp, łosoś i kawior. Zupy staropolskie — barszcze, żurki, flaki, rosoły i ciekawa polewka piwna, chociaż nie wiadomo dlaczego z diablotką. Wszak prawdziwie polska powinna być z kostkami białego sera. W daniach mięsnych nazwy ładniejsze od smaków. Są więc: góralskie mięso na szpadce, polędwica diabelska, zraziki nelsońskie, kotlet Sobieski, golonka pieczona w piwie — poprawne, ale bez rewelacji. Podobnie jest z drobiem. Na szczęście mocną stroną są ryby. Smakosz z radością uraczy się ich „polską linią” — szczupakiem, sandaczem, pstrągiem lub karpiem. Desery bez komplikacji — płonące naleśniki w czekoladzie, migdały w soli.
Porcje są duże, ładnie skomponowane. Obsługa szybka, miła i kompetentna. Jeśli ktoś lubi staropolską kuchnię, to pewnie będzie zadowolony. Dla mnie za dużo tradycji, za mało fantazji.