Spiski: Kurtyna w górę - każdy oddaje to, co ma naprawdę

ads
opublikowano: 2007-11-30 00:00

DLACZEGO?

Usłużny, groźny cień.

Totumfacki, który realnie sprawuje władzę, kosztem łudzącego się pozorną potęgą władcy, to stary mechanizm. Kielecki mocarz z rozpalonymi policzkami naczytał się pewnie o kardynale Richelieu („szara eminencja”) i Ludwiku XIII. I muszkieterach.

Po zaprzysiężeniu u prezydenta Donald Tusk pojechał do kancelarii premiera, by formalnie już przejąć władzę. Tam, ku oburzeniu części mediów, przywitał go tylko wicepremier Przemysław Gosiewski. Afront byłego szefa rządu? Nie, nie, nie!

Wiele wskazuje, że taka forma przekazania rządów była nieprzypadkowa. Władzę Tuskowi przekazał ten, co ją miał, czyli Gosiewski. Zauważmy: to jego obietnice były dotrzymywane — jak peron we Włoszczowie! Premier (ten formalny) mógł tylko opowiadać dziennikarzom o swych wizjach: od reformy finansów publicznych po Uniwersytet IV RP. A Gosiewski swe zapowiedzi realizował. Jarosław Kaczyński twierdził, że media nie przedstawiają jego punktu widzenia. Czyż osoba z rzeczywistą władzą miałaby problem z dostępem do mediów? Gosiewski nie miał.

Zmiana rządów w Polsce, wbrew głosom malkontentów, odbyła się wedle wyśrubowanych demokratycznych standardów. Ten, który wygrał wybory, symbolicznie przejął władzę z rąk tego, który ją realnie sprawował. A Jarosław Kaczyński? Cóż, był jedynie zderzakiem. Jak zwykle zresztą.