Marcin Daniecki: spółdzielnie atakują najmniejsze spółki
SPÓŁDZIELNIE NA GIEŁDZIE: Najczęściej atakują spółki z symbolicznym rozproszeniem akcjonariatu — uważa Marcin Daniecki. fot. Borys Skrzyński
Rozwój rynków „manipulacyjnogennych”, takich jak, równoległy i wolny oraz otwarcie giełdy od dołu dowodzi istnienia spółdzielni na giełdzie. Brak jest prawie jakichkolwiek żelaznych kryteriów dopuszczeniowych na ostatni rynek. Zmiana rynku notowań zaś jest zabiegiem jednostronnym. Dotkliwe karanie spółek sprzeniewierzających się zasadom przyzwoitości, które obowiązują firmy mające status publiczny, poprzez nałożenie kary finansowej lub krótkotrwałe zawieszenie notowań — nic nie daje. Rzeczywistą karą byłoby zepchnięcie spółki o piętro niżej w hierarchii giełdowej, skutkujące zagrożeniem odwołania władz takowej na najbliższym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy.
NA PARKIECIE wolnym i równoległym zawsze dochodziło do wzmożonej spekulacji — bliskiej manipulacji — kiedy najsilniejsze spółki z rynku podstawowego nie były w stanie opierać się trendowi spadkowemu. Czasami także wówczas, kiedy, znajdując się w trendzie wzrostowym, towarzyszył im spadek notowań na niższych parkietach. Wielokrotnie można było spotkać się z sytuacją, że WIG 20 wskazywał osiąganie kolejnego rocznego minimum, zaś WIRR miał tendencję zwyżkową, lub odwrotnie, że WIG 20 zwyżkował, zaś WIRR spadał.
SPÓŁDZIELNIE najczęściej atakują spółki z symbolicznym rozproszeniem akcjonariatu, to znaczy tam, gdzie średnio trzech głównych akcjonariuszy posiada około 70 proc. kapitału akcyjnego. Ocean (wówczas jeszcze na rynku równoległym) był jednym z bohaterów spółdzielni poznańskiej z lipca 1997 roku — posiadał dwóch akcjonariuszy skupiających łącznie ok. 80 proc. kapitału, Kompap — ok. 60 proc. (w rękach pięciu podmiotów). Niedawnym podejrzanym o związki ze spółdzielnią był Kopex, w którym w posiadaniu jednego akcjonariusza jest aż 98,6 proc. akcji.
KURSAMI SPÓŁEK należy tak manipulować, by nie zostawiać śladów. Koncentracja nie odbywa się „jednolicie”, gdyż towarzyszy jej „kontrolna” sprzedaż akcji pozorująca „zwykłą” aktywność rynkową. Zwykle taka dzienna aktywność nie przekracza poziomu 1 proc. wolumenu obrotu (usypianie nadzoru giełdy). Ponadto każdy członek zmowy stara się zbliżyć do progu 5 proc. akcji notowanych na giełdzie, aby uniknąć obowiązku zgłoszenia swojego zaangażowania. „Drenaż” kilkudziesięciu proc. (np. kilkaset tysięcy lub kilka milionów sztuk) papierów z rynku, to w tej skali obniżona podaż. Jeśli operacja powtarzana jest przez miesiąc lub dwa (z krótkimi okresami przerw celem „uspokojenia” akcji przestępczej) stwarza się pozory wzrostu kursu, licząc, że uczciwi inwestorzy ulegną magii szybkiego zarobku, a tym samym, że skoncentrują uwagę właśnie na takiej spółce, której kurs relatywnie ostro idzie w górę. Ci ostatni obejmują w istocie coraz mniej akcji, gdyż większość jest skupiona przez spółdzielnię. Akcje natychmiast są sprzedawane, jeśli tylko dalsze windowanie kursu staje się niemożliwe. Spekulacja, która jest niebezpiecznie bliska manipulacji, wynika z mody kierowania się przesłankami opartymi na sygnałach pochodzących z analizy technicznej. Inwestorzy stosują tę samą miarę wobec spółek małych i wielkich, chociaż efekty tego bywają dla ich finansów szkodliwe.
NASYCANIE PARKIETÓW „drugiej kategorii” kolejnymi spółkami, które charakteryzują się bardzo często mizernym rozproszeniem akcjonariatu — skutkuje tym, że przy żałośnie niskim zaangażowaniu środków finansowych, tak zwanej drobnicy, większość kursów nie oddaje w pełni rzeczywistego stanu rozwoju tych spółek. Giełda warszawska jest znana jako rynek o tak zwanej niepełnej efektywności. Taki charakter rynku jest doskonałą pożywką dla manipulacji. I to bezlitośnie wykorzystują spółdzielnie.
Marcin Daniecki jest stażystą w Katedrze Rynków Kapitałowych SGH oraz członkiem amerykańskiego NASD Academic Forum. Tekst powyższy stanowi wyraz osobistych opinii autora i nie powinien być odbierany inaczej.