To zupełnie nowy rozdział dla polskiej gospodarki. Wchodzimy na nowy, liczący ponad 400 mln konsumentów, rynek. Naturalny jest więc wzrost eksportu. Zwiększa się dostęp do kapitału zagranicznego, trzeba przecież pamiętać, że do 2010 roku do Polski napłynie łącznie, różnymi drogami i pod różną postacią, nawet 170 mld euro. To wszystko musi zaowocować postępem technicznym i wzrostem zatrudnienia. Spore nadzieje można wiązać również z funduszami strukturalnymi, szczególnie przeznaczonymi na rozwój infrastruktury. Wpływ UE na nasz kraj będzie miał zresztą charakter wielopłaszczyznowy. Można mieć nadzieję, że Unia, swoimi zasadami, przepisami, wymusi reformy, z którymi nie możemy sobie poradzić sami. Chodzi przede wszystkim o styk polityki z gospodarką, finanse publiczne, korupcję, funkcjonowanie sądownictwa, prawodawstwo... Unia narzuca przecież zarówno rygory prawne jak i poprzez rozporządzenia, dyrektywy, tworzy pewne standardy, zwyczaje, które przenikają do wszystkich krajów.
Unia niesie wreszcie zagrożenia i wyzwania. Ale damy sobie z nimi radę — jestem przekonany. A z czym? Chociażby ze wzrostem kosztów pracy. Tamte kraje są o wiele bogatsze od nas i stać je na inne przywileje socjalne, przywileje kosztowne, na które już dzisiaj polskie firmy nie mogą sobie pozwolić. A wzrost kosztów pracy to zmniejszenie konkurencyjności naszych wyrobów. Z pewnością wzrośnie import, możemy mieć do czynienia z wypływem wysoko kwalifikowanych pracowników do bogatszych krajów UE, wzrośnie zagrożenie dla banków, które muszą zdać egzamin z konkurencyjności czy wreszcie sprawdzian ze zdolności absorbowania funduszy unijnych. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy będziemy dla Europy partnerem czy tylko zapleczem surowcowym, podwykonawcą. Jeżeli jednak odrobimy pracę domową, nie mam wątpliwości: staniemy się partnerem Europy.
Marek Goliszewski
prezes Business Centre Club