Wiktoria Wiśniewska będzie jedną z niewielu kobiet szefujących spółce giełdowej i jednym z najmłodszych prezesów, jeśli przekona inwestorów, by powierzyli jej gotówkę.
Kiedy Ryszard Wiśniewski zakładał Piecobiogaz, wielkopolską spółkę specjalizującą się w remontach sieci gazowniczych, jego córka Wiktoria miała pięć lat. 25-letnia pani menedżer niewiele pamięta z tego okresu.
— Niezagospodarowany teren, brak dróg i chodników, nieduży biały budynek z czerwoną dachówką, pięć osób zatrudnionych w firmie, jeden komputer, maszyna do pisania — szuka w pamięci obrazów z przeszłości.
Od dziecka miała okazję przyglądać się pracy swoich ojców. Bo było ich dwóch — oprócz Ryszarda — też chrzestny. Jerzy Wiśniewski, twórca potęgi PBG, który w kilka lat, dzięki giełdzie, zbudował grupę wycenianą na 2,7 mld zł. Oni stali się dla niej wzorem, choć wcale z początku nie zamierzała zostać bizneswoman.
— W szkole podstawowej chciałam być adwokatem, potem jednak z pełną świadomością wybrałam studia ekonomiczne — mówi Wiktoria Wiśniewska.
Pewnie już wtedy widziała, że ojciec kiedyś będzie chciał oddać jej stery spółki. Skończyła Wyższą Szkołę Bankową w Poznaniu. Na tym nie poprzestała. Zdecydowała się na podyplomowe studia menedżerskie. Nie sama. Niby cień towarzyszył jej Mateusz Urban, od stycznia drugi członek zarządu Piecobiogazu. Urodzony, tak samo jak Wiktoria, w lipcu 1983 r., skończył te same studia. Jedyna różnica w ich szkolnej i zawodowej karierze była taka, że ona przez cztery lata pracowała jako asystentka zarządu Piecobiogazu, a on tyle samo czasu w spółce PUG, należącej do Ryszarda Wiśniewskiego.
— Poznaliśmy się przez te pięć lat, a to pomaga. Dogadujemy się i uzupełniamy bardzo dobrze — kwituje Wiktoria.
Trzecie dziecko
Pani prezes pieszczotliwie mówi o Piecobiogazie, że jest trzecim dzieckiem Ryszarda Wiśniewskiego (ma jeszcze młodszego brata). Gdy to "trzecie dziecko" dorosło i skończyło 19 lat, trafiło pod jej opiekę. Dla zewnętrznego obserwatora to zaskakujące, że na niecały rok przed upublicznieniem dochodzi do zmiany warty na samym szczycie. Odchodzi twórca spółki, który zna ją od podszewki, i przekazuje ją w ręce osób, których dotychczasowe doświadczenie zawodowe (dodajmy — skromne) w prospekcie emisyjnym jest wpisane do czynników ryzyka.
— Ojciec jest spokojny, wierzy we mnie. Stawia na młodość i innowacyjność. Byłoby nie fair w stosunku do inwestorów, gdyby on wprowadził Piecobiogaz na parkiet, a później ja przejęłabym stery — tak tłumaczy zmianę Wiktoria Wiśniewska.
Jedną z jej pierwszych decyzji było zinformatyzowanie obiegu dokumentów w firmie, z którego dziś jest bardzo dumna. Może też dlatego, że potem nauczył się z tego narzędzia korzystać jej tata.
— Daje mi wsparcie, służy doświadczeniem. Czuję się przy nim bezpieczna. Zawsze mogę poprosić go o radę — mówi.
Zresztą, Wiktoria nie wyobraża sobie prowadzenia biznesu bez ojca.
— Nie oszukujmy się, że ktoś, kto prowadził firmę przez 20 lat, może zniknąć, ot tak, jednego dnia — dodaje.
Drugim wzorem dla pani prezes jest Jerzy Wiśniewski.
— To, co zrobił mój ojciec chrzestny, to po prostu mistrzostwo świata — śmieje się Wiktoria.
I zaraz zastrzega:
— Ale nie zamierzamy rosnąć do rozmiarów PBG — mówi.
Janusz Wiśniewski sugerował niedawno, że nie zamierza kupować akcji nowej emisji Piecobiogazu. Co nie znaczy, że jego córka chrzestna nie może liczyć na jego dyskretną pomoc.
— PBG zobowiązało się, że do końca 2010 r. zleci spółce, jako swojemu podwykonawcy, roboty budowlane za 100 mln zł — informuje Wiktoria Wiśniewska.
Dlatego Piecobiogazowi potrzebny jest kapitał obrotowy.
— W planach mamy kontrakty, których podpisanie wymaga dużego zaangażowania kapitałowego — dodaje z powagą w głosie.
Stąd zapadła decyzja o wejściu na giełdę. Spółka chciała najpierw zdobyć 93 mln zł, potem musiała nieco spuścić z tonu. Teraz mówi o prawie 70 mln zł. Być może i tyle nie uda się utargować, bo rynek giełdowy, jaki jest teraz, każdy widzi.
Deweloperka w odstawce
Wiktoria nie ustaje w tym, aby przekonać inwestorów. Bo, jak tłumaczy, na rynku wodno-kanalizacyjnym, z którego Piecobiogaz osiągnął więcej niż połowę ubiegłorocznych przychodów, stagnacji nie będzie. Tu samorządy, które mogą liczyć na wsparcie unijne, mają wiele do zrobienia. Inny przyszłościowy rynek to Ukraina.
— Podpisaliśmy umowę ramową na modernizację i rozbudowę infrastruktury wodno-kanalizacyjnej w ukraińskim Kałuszu. Wartość kontraktu wynosi 40 mln USD — chwali się Wiktoria Wiśniewska.
Cieniem na ofercie kładzie się deweloperka. Ta dziedzina działalności absolutnie nie cieszy się w dzisiejszych czasach poparciem inwestorów. Tymczasem spółka w prospekcie oznajmiła, że angażuje się w dwa projekty: w Grudziądzu i w Łebie. Pierwszy — jak przekonuje pani prezes — zostanie zamieniony w żywą gotówkę, drugi, ciekawszy (budowa apartamentowców na 23 ha w Łebie), na razie zostanie na papierze i po prostu poczeka na lepsze czasy.
— Nazwisko Wiśniewski pomaga w rozmowach z inwestorami. Na tym jednak nie buduję kapitału. Mam wizję Piecobiogazu i widzę, że przez pięć lat możemy bardzo dynamicznie się rozwijać. Pozwólcie, że na razie nie ujawnię planów, ale nie wykluczam, że na jednej emisji się nie skończy — tłumaczy Wiktoria Wiśniewska.
Nazwisko Wiśniewski dobrze postrzegają inwestorzy, co potwierdza Rafał Salwa, niezależny analityk giełdowy.
— Piecobiogaz ma duże możliwości i działa w stosunkowo atrakcyjnej, jak na obecne realia, branży — dodaje.
Wiktoria Wiśniewska zapewnia, że stanie na rzęsach, aby nie zawieść i spółki, i akcjonariuszy, i oczywiście ojca. Jest też optymistką, bo daje sobie 98 proc. szans, że uda jej się sprzedać emisję i uplasować spółkę na giełdzie. Choć nie zdążyła z debiutem na dwudziestolecie firmy, które Piecobiogaz obchodził wczoraj.
Fitness, narty i pizza
Czasu — jak wielu menedżerów — Wiktoria ma za mało. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby doba trwała 48 godzin. Bo praca daje jej satysfakcję (trudno powiedzieć, czy finansową, bo zarabia mniej niż tata, gdy ten był prezesem) i pochłania ją całkowicie. A tu jeszcze przydałby się czas na wypoczynek. Gdy tylko ma z rana czas, pędzi na siłownię. Jest szczupła, ale jeszcze chciałaby schudnąć. Uwielbia też jeździć na nartach i jeść, niestety, kaloryczną pizzę.
— Mam nadzieję, że za pięć lat powiem: zrobiłam to, co planowałam, jestem z siebie dumna. Nie zawiodłam ojca i inwestorów — podsumowuje.
Sprawdzimy to za 1826 dni.
