Stany Zjednoczone przetrwają Donalda Trumpa

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-07-02 18:04

Republikański – chodzi o ustrój, nie o partię – prezydent pozycjonuje się na króla, który został zdetronizowany przez kolonistów właśnie 250 lat temu.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Drugi Kongres Kontynentalny, zebrany w Filadelfii w składzie trzynastu brytyjskich kolonii, proklamował 4 lipca 1776 r. zerwanie z brytyjską koroną i utworzenie zjednoczonych Stanów Ameryki. Tak zostało to oryginalnie wykaligrafowane w preambule, później zjednoczenie również awansowało na zapis wielką literą i w uchwalonej 17 września 1787 r. konstytucji wpisana została już oficjalna nazwa United States of America. Wcześniej przetoczyła się w latach 1775-1783 krwawa wojna o niepodległość, zakończona poniżającym dla Londynu uznaniem niepodległości krnąbrnych kolonii. Utracił je król Jerzy III z dynastii hanowerskiej, marną dla niego pociechą było utrzymanie władzy nad połową kontynentu na północ od Wielkich Jezior. Na początku XIX wieku nieuchronna była jeszcze jedna wojna, już oficjalnie między dwoma państwami, podczas której Brytyjczycy zdobyli 24 sierpnia 1814 r. nową stolicę, Waszyngton, tylko na dobę, ale z lubością spalili pierwsze siedziby prezydenta oraz Kongresu. Według zgodnej opinii historyków właśnie wtedy, czyli z pewnym czasowym przesunięciem, narodził się już naprawdę zjednoczony naród amerykański. Co nie przeszkodziło mu pół wieku później w rozpętaniu wyjątkowo krwawej wojny secesyjnej w latach 1861-1865.

Upamiętniając 250. urodziny USA zebrałem kilka kamieni milowych nieprzypadkowo. Wielki jubileusz narodowy został bowiem w Waszyngtonie totalnie zdominowany przez Donalda Trumpa. Notabene kilka upowszechnianych przez niego głupstw, choćby absurd pochłonięcia Kanady, sięga korzeniami do wydarzeń sprzed ponad dwóch wieków. Największy paradoks polega na tym, że republikański – chodzi o ustrój, nie o partię – prezydent pozycjonuje się na króla, który został zdetronizowany przez kolonistów właśnie 250 lat temu. Co tam króla – na rzymskiego cesarza, ponieważ niektóre jego pomysły jako żywo pasują do „Quo vadis”. Petroniusz zwracał się do Nerona „O, boski”, naprawdę uważając satrapę za artystyczne beztalencie, ale komplementami starał się neutralizować jego gniew i ratować Rzym przed kolejnymi szaleństwami.

Artystyczne nawiązanie do starożytności ma sens w kontekście najróżniejszych architektonicznych pomysłów współczesnego wszechwładcy. Na przykład budowa złotej sali balowej za kilkaset milionów dolarów po wysadzeniu wschodniego skrzydła Białego Domu to ekstremalny wręcz przykład narcyzmu i samokultu jednostki. Ciekawe, że nie zniszczył zachodniego, w którym mieści się Gabinet Owalny oraz stała sala posiedzeń rządu. Notabene federalny kwartał Waszyngtonu i narodowy pasaż znam dosyć dobrze, dlatego mimo wszystko uważam, że nie wszystkie pomysły współczesnego Nerona są absurdalne, czasami to mieszanka. Na przykład renowacja zapuszczonego Skweru Lafayette’a przed Białym Domem – z pomnikiem Tadeusza Kościuszki – sama w sobie jest wartościowa, natomiast chore jest posadzenie dokładnie 47. ulubionych przez Donalda Trumpa klonów (to symbol… Kanady) dla upamiętnienia numeru jego prezydentury. Podobnie oceniam pomysł wzniesienia triumfalnego łuku 250-lecia USA na narodowej alei wiodącej do cmentarza Arlington. Jest tam takie puste rondo, wiele lat temu patrząc na nie sam pomyślałem, że w takim miejscu coś by nawet pasowało. Oczywiście nie myślałem, że według Donalda Trumpa łuk miałby być ogromny i zdominować wysokościowo kultowe Mauzoleum Abrahama Lincolna. Poza tym taka budowla miałaby sens tylko jako neutralna, pozbawiona jakichkolwiek trumpizmów – a to przecież niemożliwe.

Dla młodszej części amerykańskiego społeczeństwa najciekawszym wydarzeniem weekendu i tak nie jest jubileuszowy 4 lipca, lecz jego wigilia. 3 lipca wieczorem wezmą ślub globalna gwiazda Taylor Swift i futbolista Travis Kelce, którzy wynajęli najsłynniejszą amerykańską halę Madison Square Garden (MSG) w sercu Nowego Jorku, przekształcając ją za grube miliony w baśniowy zamek. Wyselekcjonowanych gości przybędzie około 1000, czyli będą mieli luźno. Artystyczna bohema podpisała zobowiązanie do zachowania poufności, wykluczone jest wykonywanie jakichkolwiek zdjęć. Taylor Swift wykonała genialną marketingowo zagrywkę kalendarzową, po prostu kradnąc show Donaldowi Trumpowi. Abstrahując od charakteru tego eventu, prezydent ma do słynnej MSG pecha. W czerwcu przybył tam na jedno spotkanie koszykarzy New York Knicks w finałowej rozgrywce tegorocznej ligi NBA i rycerze… akurat ten mecz przegrali, bo w ogóle triumfowali 4:1, odnawiając po 53 latach mistrzostwo NBA. To niby tylko symbolika, ale trudno nie odnieść wrażenia, że wygwizdany wtedy w MSG Donald Trump jest – posiłkując się żargonem marynarskim – pechowym jonaszem. Za co się nie weźmie, to wszystko mu się sypie. Nieszczęście polega na tym, że pechowym nie tylko dla nowojorskich koszykarzy, lecz dla całych Stanów Zjednoczonych Ameryki, a pośrednio dla świata. Mimo wszystko pozostańmy przy nadziei zapisanej w tytule.