Stolica jakoś przetrwa marsz niezadowolonych

Jacek Zalewski
opublikowano: 1999-09-24 00:00

Stolica jakoś przetrwa marsz niezadowolonych

ULICZNA DEBATA: Barwy i hasła bywają różne, ale determinacja i sposób działania jednoczy demonstrantów wszystkich krajów. fot. Borys Skrzyński

I co to się dzisiaj wydarzy w sparaliżowanej Warszawie? Nic specjalnego — Traktem Królewskim przemaszeruje kilkudziesięciotysięczny, raczej zdyscyplinowany tłum, wydający groźne pomruki w kierunku mijanych gmachów państwowych. Najważniejsze wydają się problemy logistyczne — na przykład, gdzie demonstranci korzystać będą z toalet (parki przy trasie przemarszu są zamknięte)?

CIEKAWE byłyby dane statystyczne, oparte na rzetelnie wypełnionej przez każdego uczestnika anonimowej ankiecie — czy spędzając roboczy piątek w Warszawie wykorzystuje urlop wypoczynkowy, okolicznościowy lub szkoleniowy, dzień opieki nad dzieckiem, lipne zwolnienie lekarskie, delegację służbową czy może jest bezrobotnym. Podobnie interesująca byłaby analiza kosztów wynajmu każdego autokaru — czy zostanie pokryty ze składek pasażerów, funduszu socjalnego, związkowego, a może bezpośrednio z konta podupadającego zakładu pracy. Oczywiście — walczącego o oddłużenie, dotacje, ulgi podatkowe itp.

UCZESTNICY POCHODU potraktowali przedwczorajsze wystąpienie premiera Buzka identycznie, jak niegdyś strajkujący stoczniowcy telewizyjną mowę wystraszonego premiera Babiucha z 15 sierpnia 1980 roku — to znaczy pogardliwym wzruszeniem ramion. Ugruntowali jedynie przekonanie, że obecny rząd stać tylko na pustosłowie, zaś decyzje podejmuje on wyłącznie pod naciskiem siły. Podpierają swoje rozumowanie przykładami — choćby najścia górników na Ministerstwo Finansów — iż mocne przyłożenie władzy faktycznie jest skuteczne. W nieprzebranym budżecie państwa znajdują się wtedy pieniądze, które rzekomo od dawna czekały, a demonstracja tylko przypadkowo zbiegła się z ich wypłatą.

NIESTETY, takie naiwne opinie uprawdopodabnia sam rząd, uprawiający żonglerkę finansami państwa. Przykład z ostatnich godzin — zamiast jednoznacznie przyznać się do załamania Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, zmienić tegoroczną ustawę budżetową, pokryć z prywatyzacji zwiększoną dotację do FUS i zarazem oficjalnie zwiększyć deficyt — rząd przeforsował epizodyczną ustawę o pożyczceÉ z budżetu do budżetu, z samego założenia nie mającej szans na spłacenie! Naruszył przy tym fundamenty ustawy o finansach publicznych, która w hierarchii aktów prawnych miała zająć miejsce tuż za Konstytucją.

MIESZKAŃCY WARSZAWY nie rozumieją, dlaczego rozgrywka OPZZ, Samoobrony itd. z ekipą AWS/UW — jeśli już musi się odbyć — nie mogłaby przybrać formy wiecu na placu Piłsudskiego. Otóż po pierwsze — wiec niknie w przestrzeni wielkiego placu i szybko się wewnętrznie rozłazi, natomiast wspólny marsz mobilizuje do czynu. Po drugie — pododdziały różnych wodzów maszerować będą w pewnych odstępach, a ich oblicza ideowe niekoniecznie są zbieżne. A po trzecie — adresatami ulicznego przesłania są „oni”, ukryci za firankami mijanych gmachów, natomiast na placu wysłuchałby go może Marszałek na pomniku.

NAJBARDZIEJ spektakularny paraliż komunikacyjny w powojennej historii stolicy miał miejsce 3 sierpnia 1981 r., kiedy to kordon ZOMO aż 50 godzin blokował na rondzie Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej ogromny konwój ciężarówek i autobusów w barwach Solidarności. Szło o to, że „Kierowcy chcieli przejechać obok siedzib KC PZPR i URM, by mieć pewność, że doszły do nich głosy wzburzenia i nędzy, że kierownicy partii i rządu podzielają wiedzę o warunkach życia i nastrojach mas”. Był to w ogóle „Dramatyczny tydzień. Przede wszystkim dlatego, że sklepy coraz bardziej puste, kolejki coraz dłuższe i bardziej beznadziejne, a cierpliwości coraz mniej.” (oba cytaty z „Tygodnika Solidarność”).

PO OSIEMNASTU LATACH trudno nawet porównywać obecny poziom życia polskiego społeczeństwa z ówczesnym. Dlatego dzisiejszy roszczeniowy przemarsz, zdominowany zresztą hasłami stricte politycznymi, ma w sobie coś z karykatury autentycznego protestu społecznego.