Wiele osób sądzi, że szybkie podwyżki stóp mogą wyrządzić gospodarce długookresowe szkody. W minionym tygodniu UNCTAD – organizacja ONZ ds. handlu i rozwoju – ostrzegła, że zbyt szybkie podwyżki stóp mogą wpędzić w kryzys i biedę kraje wiążące waluty z dolarem. W Polsce niektóre partie, jak Lewica i do pewnego stopnia rządzący PiS, ewidentnie szukają innego sposobu na opanowanie inflacji niż klasyczne chłodzenie popytu.
Nad tymi obawami często wisi widmo powrotu do tzw. ery Volckera, czyli epizodu z historii monetarnej Stanów Zjednoczonych, w którym bardzo wysoka inflacja została stłumiona przez radykalne podwyżki stóp procentowych. Działo się to w latach 80. XX wieku. Stopy procentowe wzrosły wtedy (licząc do szczytu) o 10 pkt proc., a inflacja została trwale opanowana na czterdzieści lat, ale gospodarka wpadła w głęboką recesję, bezrobocie skoczyło, a wiele grup społecznych doznało trwałego zubożenia.

Ówczesny szef Fed Paul Volcker jest z tego powodu symbolem dla obu stron dyskusji o kształt współczesnej polityki pieniężnej. Zwolennicy ostrej reakcji na inflację traktują Volckera jako przykład, że tylko gotowość do poświęceń może zatrzymać inflację. Przeciwnicy uważają, że jest to przykład, jak nadmierna koncentracja na inflacji może doprowadzić do niepotrzebnego kryzysu.
Moim zdaniem Volcker symbolizuje opanowanie inflacji za cenę wysokich kosztów społecznych i rzeczywiście dziś powinniśmy szukać sposobów, jak uniknąć tamtego scenariusza. Na razie jesteśmy jednak od niego jeszcze daleko i strach przed nim nie powinien paraliżować myślenia o opanowaniu inflacji. Przeciwnicy chłodzenia gospodarki muszą dostrzec, że koszty akceptacji wysokiej inflacji mogą być bardzo wysokie.
Najpierw kilka słów o tym, dlaczego polityka Volckera niosła koszty, które nie zawsze bywają doceniane. Paul Volcker rzeczywiście opanował w ciągu kilku lat wysoką inflację. Koszty tego procesu zostały jednak rozłożone w społeczeństwie bardzo nierównomiernie, prowadząc w długim okresie do stopniowej erozji zaufania do demokracji i kapitalizmu, a także do nadmiernej finansjalizacji gospodarki. Potężny wzrost bezrobocia trwale osłabił siłę przetargową pracowników, obniżył wzrost płac, zwiększył udział zysków firm w dochodach i tym samym znacząco zwiększył nierówności społeczne. To wtedy zaczęły się zmiany strukturalne w amerykańskiej gospodarce, w wyniku których osoby z gorszym wykształceniem zaczęły doświadczać stagnacji dochodów, pogorszenia stanu zdrowia, a społeczności dotknięte kryzysem -wzrostu przestępczości, alkoholizmu, narkomanii, samobójstw. Napisano na ten temat wiele książek i opublikowano wiele badań. Warto pamiętać, że w latach 80. Volckera krytykowali zarówno keneynesiści, jak Paul Samuelson, jak też monetaryści, jak Milton Friedman.
Co więcej, w latach 80. wydarzyły się kryzysy finansowe na rynkach wschodzących, które trwale zatrzymały procesy rozwojowe w wielu krajach, szczególnie Ameryce Łacińskiej. My akurat należymy do tej grupy szczęśliwych państw, które wtedy dostały swoją szansę – kryzys położył na łopatki ZSRR, dzięki czemu Polska zyskała niepowtarzalne okno prowadzące do wolności i rozwoju. Nie wszędzie jednak kryzys pozostawił po sobie tak pozytywne skutki.
Oczywiście polityka pieniężna nie była główną przyczyną opisanych wyżej przemian, ale stanowiła ich istotny element. Rozumiem argumenty tych, którzy wskazują, że za wzrost bezrobocia w warunkach szybkiego chłodzenia gospodarki zawsze będą płacić najsłabsi, a silniejszym finansowo łatwo jest mówić, że ten koszt trzeba zapłacić, bo on ich nie dotyczy.
Doceniając ryzyko związane z kosztami nadmiernego zacieśnienia polityki pieniężnej, warto pamiętać, że nam do scenariusza Volckera jest naprawdę jeszcze daleko. A możemy się do niego zbliżyć nie poprzez podwyżki stóp procentowych dziś, ale raczej poprzez lekceważenie problemu inflacji.
Zarówno poziom stóp procentowych, jak też tempo ich podnoszenia są mniejsze niż w erze Volckera – czy to w Stanach Zjednoczonych, czy nawet w Polsce. Volcker doprowadził do wzrostu realnych stóp procentowych do 10 proc., podczas gdy dziś w Polsce realne stopy są wciąż ujemne, a w USA lekko dodatnie lub lekko ujemne, w zależności od przyjętej miary (stopa roczna jest lekko ujemna, stopa dwuletnia już dodatnia).
Jednocześnie mając w głowie ryzyko nadmiernego zacieśnienia monetarnego, nie można tracić z oczu ryzyka związanego z wysoką inflacją. Dlaczego amerykańskie społeczeństwo ostatecznie zaakceptowało politykę w stylu Volckera, mimo wielu zastrzeżeń? Było zmęczone dekadą wysokiej inflacji, która znacząco zmniejsza komfort życia i w długim okresie prowadzi do niższego wzrostu gospodarczego. Wysoka inflacja oznacza większą niepewność i tym samym mniejsze inwestycje, mniej trwałe więzi gospodarcze, słabsze innowacje, więcej ubóstwa, frustracji i buntów.
Ekonomia nie ma, niestety, dobrej recepty, jak obniżyć inflację. W miarę jasne jest jednak, że nie da się tego zrobić w warunkach ujemnych realnych stóp procentowych i wysokich deficytów budżetowych. Jeżeli nie chcemy wracać do ery Volckera i ponosić wielkich kosztów walki z inflacją, musimy zgodzić się na przynajmniej umiarkowane koszty, które będą rozłożone w społeczeństwie w sposób zrównoważony, możliwy do utrzymania w dłuższym okresie. Możliwe, że wymaga to zgody na trochę wyższe bezrobocie i trochę wyższe podatki.
Warto pamiętać, że jedną z przyczyn radykalnego zacieśnienia monetarnego w Stanach Zjednoczonych w latach 80. była dość luźna polityka fiskalna, prowadzona przez administrację Ronald Reagana. Deficyt fiskalny kraju w latach 80. wyniósł średnio niemal 4 proc. PKB, podczas gdy dekadę wcześniej było to niecałe 2 proc. PKB. Dziś wiele krajów zmierza w podobnym kierunku – podnoszą stopy procentowe walcząc z inflacją, ale jednocześnie prowadzą dość luźną politykę fiskalną. Może się to skończyć bardzo wysokimi stopami procentowymi lub głęboką deprecjacją waluty.
Dlatego sądzę, że niedocenienie zagrożenia inflacyjnego dziś może nieść większe ryzyko niż jego przecenienie.
