Prywatyzacja — źródło gotówki czy metoda? Strażnik Skarbu Państwa czy likwidator? Pytań o rolę, jaką chce odgrywać Ministerstwo Skarbu Państwa pod kierunkiem Wiesława Kaczmarka można by sformułować znacznie więcej. Nie jest on politykiem nieznanym, nawet kierował już tym resortem, ale przez wielu obserwatorów traktowany jest z rezerwą, ba wręcz z respektem. Znany z kontrowersyjnych wypowiedzi, niewyparzonego języka, przełamał niepisaną umowę, że o byłych ministrach skarbu mówi się tylko dobrze lub nie mówi się wcale. W czasie ostatniej kampanii przedwyborczej poddał ostrej krytyce poczynania swoich następców i poprzedników — inna sprawa, że oni zadania specjalnie mu nie utrudniali. Jednak to inne wypowiedzi ministra spowodowały zwiększone zainteresowanie mediów.
Przez ostatnie cztery lata resort skarbu nie miał szczęścia do szefów. Zmieniło się ich aż troje, ale nikt nie miał ani wystarczającego poparcia politycznego, ani wielkiego nazwiska, ani nawet na tyle możnych protektorów, by, w razie czego, mogli ich ochronić. To znaczy minister Wąsacz, „niewysoki, łysawy człowiek z chaplinowskim wąsem” cieszył się przez jakiś czas silnym poparciem, ale parasol szybko został zwinięty. Później było już tylko gorzej. „Przystojny, młody człowiek o ascetycznej twarzy” próbował, chociażby wobec PZU, wystąpić w nietypowej — przynajmniej jak na ugrupowanie, z którego dostał nominację — roli nacjonalizatora. „Luksusowa pani minister” występowała już tylko w roli obrońcy sprawy niemożliwej do obronienia — realizacji wpływów z prywatyzacji na poziomie 18 mld złotych. Wszyscy oni natomiast byli traktowani jak woziwoda, a może raczej wożący pieniądze — do budżetu oczywiście. Na każdą złotówkę budżet czekał jak „elektrownie na prąd” u Jacka Kaczmarskiego.
Obserwatorom wydawało się więc, że w sytuacji, w jakiej teraz znajduje się budżet, prywatyzacja stanie się głównym rezerwuarem środków, terenem eksploatacji. A tymczasem — niespodzianka. Jeszcze przed wyborami Kaczmarek, dopiero kandydat na ministra, mówił, że prywatyzacja tak — ale nie za wszelką cenę, że najważniejsza jest polityka właścicielska, a nie pieniądze ze sprzedaży majątku. Do tych słów podchodzono jednak z rezerwą: deklaracje, deklaracjami, ale życie i potrzeby budżetu dokonają ich weryfikacji. Jednak, chociaż ministerialne opracowanie, stanowiące uzasadnienie do ustawy budżetowej, nosi tytuł „Kierunki prywatyzacji majątku Skarbu Państwa w 2002 r.”, a nie „Polityka właścicielska Skarbu Państwa w 2002 r.”, zapisy tam zawarte i wypowiedzi ministra Kaczmarka nie pozostawiają wątpliwości. Będzie on zdecydowanie bardziej strażnikiem majątku państwowego niż jego likwidatorem.
Postanowił nie przyspieszać, bo — jak mówi — nie ma gdzie i po co, a uczynić z prywatyzacji narzędzie polityki przemysłowej jako całości. Musi ona wpływać prorozwojowo, poprawiać koniunkturę, kreować efekt inwestycyjny, a nie wpływy do budżetu. Zadanie, zaiste, nieproste. Tym bardziej jak weźmiemy pod uwagę, że efektywność gospodarowania w przedsiębiorstwach zarządzanych przez menedżerów z nadania państwowego pozostaje na trwałe niższa niż w prywatnych, że styk polityka — gospodarka niejednego zaprowadził już przed prokuratorskie oblicze, że TKM zachowuje aktualność.
Zadania są więc niezwykle ważne, tak dla gospodarki, jak i dla nas wszystkich. Znacznie istotniejsze od tego, kto z „państwowych menedżerów” straci pracę. Tylko jednego nie wiadomo. Czy są to zadania na miarę Herkulesa czy może Don Kichota?