Pot leje ci się po plecach, ale nie z powodu upału. To strach. Cała wyspa jest przeciwko tobie. Tropikalna gęstwina kryje setki mniej lub bardziej przebiegłych najemników szalonego dyktatora. Twoja misja — dorżnąć watahę uzbrojonych po zęby osiłków, zanim oni sprzątną ciebie. Czołgasz się w błocie, wspinasz po drzewach, przeprawiasz przez mokradła. Twój jedyny przyjaciel w tej części świata waży kilkanaście kilogramów i wypluwa pociski na odległość kilku kilometrów. Został jeszcze ten jeden jedyny strzał. W nieruchomym oku celownika widzisz tłuste cielsko herszta bandy. Adrenalina buzuje. Wyrównujesz oddech, luzujesz ramiona, kończysz wewnętrzny monolog. Strzał. Pudło. Bandzior ucieka.
Koszmarny sen? Nie, to gra komputerowa "Sniper". Kolejny złoty pomysł Marka Tymińskiego, najmłodszego z najbogatszych Polaków.
Rach-ciach sushi
Prezes i główny akcjonariusz City Interactive (CI), twórcy wirtualnej strzelanki, to jedno z najgorętszych nazwisk ostatnich miesięcy na warszawskiej giełdzie. Od wiosny 2010 r. akcje jego spółki podrożały o niemal 800 procent. Każda informacja o tym, co się dzieje w City, uruchamia lawinę transakcji, skoków w górę i w dół. Summa summarum, producent gier zarobił w 2010 r. niemal 30 mln złotych, a ponad milion graczy z całego świata do dziś pełni w dżungli krwawą misję według polskiej receptury. Spółka otworzyła studia deweloperskie i oddziały w kilku krajach.
Nieco ponad połowę udziałów w CI należących do Marka Tymińskiego rynek wycenia na 200 mln zł. Uroki bańki? Niekoniecznie.
— Nie jesteśmy przewartościowani. Możemy już wkrótce uzyskiwać gigantyczne marże. Nasza tajemnica? Polskie koszty, lecz światowa sprzedaż. Jako pierwsi z branży przecieraliśmy szlaki na giełdzie, pokazując, że taka działalność może być bardzo rentowna — kwituje Marek Tymiński.
— City jako jedyna spółka z tej branży w Polsce ma szansę na długofalowe zyski. Twórca firmy działa niekonwencjonalnie. Ostatnie dwa lata pokazują, że to doskonała strategia, choć rynek jest trudny — dodaje Grzegorz Leszczyński, prezes IDM SA, który wprowadzał CI na giełdę.
Niekonwencjonalnie, czyli jak? Szybko. Rafał Swat z Markiem Tymińskim ponad siedem lat temu przy okazji treningów tenisa odkryli wspólną pasję kulinarną — sushi. Wówczas danie w Polsce nie tyle popularne, co bajecznie drogie. Wnioski? Spontaniczne. Zakładamy własną restaurację, bo produkty można przywieźć w bagażniku z Niemiec i sprzedawać z godziwym zyskiem o połowę taniej niż u konkurencji. Dziś Sushi 77 to rentowna sieć kilkunastu restauracji, szykowanych na duże dofinansowanie bądź na sprzedaż z odpowiednim przebiciem.
Historia Sushi 77 świetnie oddaje charakter młodego biznesmena. Jeśli znajdzie cel, to rachu-ciachu i po strachu. Niczym rasowy snajper.
Milczenie krytyków
Rozmawiając z ambitnym 34-latkiem z Warszawy, co rusz dostaje się jasny sygnał — daleko mi do nasycenia. To nie jest typ dojrzałego biznesmena, zblazowanego wypasionym życiem, smakującego cygara i wybujanego na jachtach. Marek Tymiński łaknie adrenaliny.
— Mierzy bardzo wysoko — przyznaje Grzegorz Leszczyński.
Porażek, bo jednak miewa takie, nie rozpamiętuje. Studia deweloperskie CI w Brazylii, Meksyku i Peru okazały się niewypałem, a do tego kryzys spowodował, że City odchudziło kadry o połowę? Co z tego. Są za to mocne oddziały w USA, Wielkiej Brytanii czy Niemczech, a koszty mniejsze. Czyli większa marża.
Najmłodszy z najbogatszych Polaków szykuje zatem kolejną część złotodajnej strzelanki. A pomyśleć, że dla wielu komputerowych graczy City Interactive do dziś jest synonimem ładnie opakowanej tandety, robionej niczym Polsat w swych początkach — na patyk i sznurek. Kpiarze? Raczej ludzie z dobrą pamięcią. Jeszcze nie tak dawno firma Marka Tymińskiego specjalizowała się w masowej produkcji dość prostych gier za kilka euro. Biznesmen nie wypiera się przeszłości, ale woli mówić o przyszłości. O nowym wizerunku City Interactive.
— Druga część "Snipera" ma przynieść dużo więcej zysków niż pierwsza i to będzie gra jak najbardziej wysokobudżetowa. Lata temu zaczynaliśmy od produkcji tanich gier, podobny start miało wielu liczących się dziś graczy — odpiera zarzuty branży.
Polska konkurencja w nieoficjalnych rozmowach podśmiewa się z licznych niedociągnięć pierwszego "Snipera" i siermiężności niektórych aspektów wirtualnej nawalanki. Recenzenci z lubością recytują litanię błędów pojawiających się w grze. Wystawiają przeciętne noty. Zapytani o źródło powodzenia i zysków City Interactive milkną jednak na dłużej.
— Prawda jest taka, że my tu się chichramy, ale przecież wiemy, o co chodzi w biznesie komputerowym. Tu jest podobnie jak w Hollywood, gdzie nie sztuką jest zrobić ambitny i doskonały film, który przefrunie jak kometa przez kilka niezależnych kin i którym zachwycą się krytycy. Sztuką jest robić towar masowy, zarabiający krocie — przyznaje jeden ze współwłaścicieli dużego dewelopera gier z Polski.
Grochów bez nitro
Marek Tymiński na każdym kroku pokazuje, że to marża, a nie blichtr i dobry public relations, króluje w jego biznesie. Rywal zza praskiej miedzy, czyli giełdowy Optimus, właściciel CD Projekt (to ci od "Wiedźmina"), imponuje siedzibą. Wiszą tam repliki toporów, mieczy, pochodni, surowa cegła miesza się z metalem. Skórzane kanapy, gustowne stoliki, automaty do gier. Słowem — wypas. A do tego agencje PR tęgo pracujące nad wizerunkiem firmy i jej właścicieli.
Co na to szef City Interactive? Kalkuluje na chłodno. Osobistych piarowców nie ma. Komórkę odbiera.
— George Lucas też nie miał powalającego biura, a jakoś w swojej branży daje radę. Skąpy nie jestem, ale nie chcę wydawać na błyskotki, szydzę ze snobów. Rozumiem, że jakiś balans jest potrzebny, ale bez złotych klamek. Nie ta branża, tu imponuje się technologią, projektami, niezależnością — przekonuje współtwórca sukcesu CI.
Siedziba firmy mieści się gdzieś na Grochowie, w budynku, dla którego słowo "biurowiec" byłoby nobilitacją. W środku schludnie. Ot, kilkanaście pokoi, w których siedzą głównie programiści i finansiści. Jedyna rzucająca się w oczy ekstrawagancja to prezesowski SUV Porsche zaparkowany nieopodal wejścia. Na niemieckich numerach, pewnie dlatego, że tak taniej. A pięcioletni syn i tak narzeka, że choć auto w wersji turbo, to nitro, niczym w grach, nie ma.
Cola i tiry
1990 rok — nastoletni Marek mieszka na obrzeżach Starego Miasta, chodzi do pobliskiej podstawówki, słynącej z charakternej młodzieży. Nauka nauką, najlepiej idzie mu z matmy. Wiadomo — umysł ścisły. A przy okazji rozrywkowy, bo namiętnie gra na komputerze, do tego uczy się programować. Ojciec, wiceminister energetyki i dyplomata za czasów PRL, fan atomistyki, wspiera pasję syna. Pasję biznesową, bo co weekend zawozi jedynaka na giełdę komputerową w centrum Warszawy, gdzie pociecha handluje tym, co ma na zbyciu, kupując inne gry. Ale zawsze zgodnie z zasadą — kup taniej, sprzedaj drożej. Tak, by było na colę, czekoladę i inne zbytki. Reguła handlu weszła mu w krew. Tyle że teraz od wydawania woli inwestowanie.
— Przy tym Marek kocha gry równie mocno jak golfa. To jego pasja, jest świetnym graczem komputerowym. Niegdyś po pracy wielokrotnie zostawaliśmy większą ekipą pograć przeciwko sobie. Nie pamiętam, żeby ktoś ubił Marka — przyznaje Rafał Swat.
— Powiem nieskromnie, że znam się na tej działce i wiem, co się może sprzedać. Pracuję przy tym sporo, bo także wieczorami w domu, mamy przecież oddział w Stanach. Ale nie jest tak, że się zajeżdżam i zaraz mnie zawał dopadnie. Potrafię sobie odpuścić, nie muszę wiedzieć wszystkiego i o wszystkim decydować — przekonuje główny zainteresowany.
Jego kariera w branży gier nabrała tempa na studiach. W liceum była przerwa — pracował nad muskulaturą, co przydaje się w golfie. Nie, nie wylewał potów na siłowni, faszerując się odżywkami. Rozładowywał tiry. Studia to już wielokrotne zmiany szkoły i kierunków, do tego kilka kursów szkół zza Oceanu. Czyli tło. Pierwszy plan to gry.
W rytmie T-Love
1997 rok — czas nie na szczeniacki handel na ulicy, ale na import gier z Niemiec. Marek Tymiński zakłada firmę, kupuje toyotę i bierze pierwszego poważnego wspólnika, który przekonał go do słuchania Davida Bowie. To Jarosław Polak z garażowego nieco wówczas T-Love, dziś znany jako Sidney Polak, muzyk pierwsza klasa. Razem jeżdżą po towar.
— Gdybym został w biznesie, pewnie byłbym o wiele zamożniejszy. W pewnym momencie Marek postawił sprawę jasno. Albo biznes, albo muzyka. Dziś nie robimy interesów, ale raz na jakiś czas idziemy na bal w miasto. Kompan do clubbingu z niego przedni. Jak jednak przychodziło do interesów, to w jednej chwili zapominał o szumie w głowie i włączał zimne, biznesowe myślenie. Potrafi się mocno skoncentrować na jednym celu — uważa Sidney Polak.
W skrócie: ówczesna koncepcja biznesowa Tymińskiego to zgarnianie kolejnych wygranych z mniej lub bardziej udanych biznesów i inwestowanie w coraz większe produkcje. Od sklepu z grami nieopodal kina Luna w Warszawie po firmy dzielące się i mutujące w rytm porywczych wizji ich właścicieli. Żonglerka wspólnikami i pomysłami. Wreszcie kupno licencji na pierwowzór dzisiejszego "Snipera". Kosztowała ledwie kilka tysięcy euro na trzy kraje, a udało się sprzedać sto tysięcy sztuk.
— No to zrobiliśmy własnego "Snipera" i poszło 300 tysięcy sztuk, a potem kolejnej wersji ponad milion. Najnowszy "Sniper" wyjdzie w przyszłym roku i ma znaleźć ponad dwa miliony klientów — wylicza Marek Tymiński.
A dalej? Kolejne duże premiery i inwazja na iPhony i inne przenośne gadżety.
Dołek w piżamie
A oprócz planów biznesowych — plany golfowe, czyli dbanie o najnowszą miłość. Ojciec sukcesu morderczego "Snipera" tłucze się z kijem na trawie wśród snobów? Owszem. W Marku Tymińskim przewidywalność zostaje po stronie biznesu. Tu jest stateczny biznesmen w butach od Prady, uwielbiający sushi. Doskonale się odnajduje w towarzystwie szefów funduszy inwestycyjnych.
— Sukces dodał mu pewności siebie — przyznaje Sidney Polak.
Sukces nie zabił w nim jednak spontaniczności. Nie tak dawno w piątkowy wieczór, gdy brakowało pomysłu, co robić w weekend, zaproponował staremu znajomemu:
— To jedziemy do Austrii na narty. Teraz.
I pojechali.
Kiedy wieczorem wpadnie kilku kumpli z jakąś nowością na konsolę, gierki przedłużają się niemal do świtu, kciuki bolą, oczy szczypią. A następnego dnia mieszanka temperamentów pcha go już na pole golfowe lub na kort tenisowy.
— W tenisa gra ostro, potrafi się wściec — recenzuje go Rafał Swat.
Golf to już inna bajka. Znajomi, tacy jak Arkadiusz Muś, multimilioner, właściciel pola golfowego Rosa, podziwiają jego zapał do szlifowania uderzeń. Szef City Interactive zagadnięty o golf chętnie podejmuje wątek. Osiemnaście dołków to rytuał pochłaniający go bez reszty.
— To nauka trzymania nerwów na wodzy, precyzja, finezja, powtarzalność, psychika. Moje wakacje to zwiedzanie pól golfowych świata. Ostatnie odkrycia — Portugalia i Szkocja — wyjaśnia najmłodszy z najbogatszych Polaków.
W domu na Saskiej Kępie czeka dołek treningowy i ulubione kije. Rasowy snajper ćwiczy celność nawet w piżamie.
Od redakcji - ostatnio w spółce City Interactive:
12.04.2011 r. - Zarząd City Interactive podjął decyzję o przesunięciu premiery wydania gry "Sniper Ghost Warrior 2" o kilka miesięcy w stosunku do planowanej premiery - CZYTAJ WIĘCEJ>>>
18.04.2011 r. - Kurs City Interactive odbija, zarząd poinformował o dacie premiery gry "Sniper Ghost Warrior" na platformę playstation na terytorium Ameryki Północnej. Ma to nastąpić 28 czerwca - CZYTAJ WIĘCEJ>>>

Pot leje ci się po plecach, ale nie z powodu upału. To strach. Cała wyspa jest przeciwko tobie. Tropikalna gęstwina kryje setki mniej lub bardziej przebiegłych najemników szalonego dyktatora. Twoja misja — dorżnąć watahę uzbrojonych po zęby osiłków, zanim oni sprzątną ciebie. Czołgasz się w błocie, wspinasz po drzewach, przeprawiasz przez mokradła. Twój jedyny przyjaciel w tej części świata waży kilkanaście kilogramów i wypluwa pociski na odległość kilku kilometrów. Został jeszcze ten jeden jedyny strzał. W nieruchomym oku celownika widzisz tłuste cielsko herszta bandy. Adrenalina buzuje. Wyrównujesz oddech, luzujesz ramiona, kończysz wewnętrzny monolog. Strzał. Pudło. Bandzior ucieka.
Koszmarny sen? Nie, to gra komputerowa "Sniper". Kolejny złoty pomysł Marka Tymińskiego, najmłodszego z najbogatszych Polaków.
Rach-ciach sushi
Prezes i główny akcjonariusz City Interactive (CI), twórcy wirtualnej strzelanki, to jedno z najgorętszych nazwisk ostatnich miesięcy na warszawskiej giełdzie. Od wiosny 2010 r. akcje jego spółki podrożały o niemal 800 procent. Każda informacja o tym, co się dzieje w City, uruchamia lawinę transakcji, skoków w górę i w dół. Summa summarum, producent gier zarobił w 2010 r. niemal 30 mln złotych, a ponad milion graczy z całego świata do dziś pełni w dżungli krwawą misję według polskiej receptury. Spółka otworzyła studia deweloperskie i oddziały w kilku krajach.
Nieco ponad połowę udziałów w CI należących do Marka Tymińskiego rynek wycenia na 200 mln zł. Uroki bańki? Niekoniecznie.
— Nie jesteśmy przewartościowani. Możemy już wkrótce uzyskiwać gigantyczne marże. Nasza tajemnica? Polskie koszty, lecz światowa sprzedaż. Jako pierwsi z branży przecieraliśmy szlaki na giełdzie, pokazując, że taka działalność może być bardzo rentowna — kwituje Marek Tymiński.
— City jako jedyna spółka z tej branży w Polsce ma szansę na długofalowe zyski. Twórca firmy działa niekonwencjonalnie. Ostatnie dwa lata pokazują, że to doskonała strategia, choć rynek jest trudny — dodaje Grzegorz Leszczyński, prezes IDM SA, który wprowadzał CI na giełdę.
Niekonwencjonalnie, czyli jak? Szybko. Rafał Swat z Markiem Tymińskim ponad siedem lat temu przy okazji treningów tenisa odkryli wspólną pasję kulinarną — sushi. Wówczas danie w Polsce nie tyle popularne, co bajecznie drogie. Wnioski? Spontaniczne. Zakładamy własną restaurację, bo produkty można przywieźć w bagażniku z Niemiec i sprzedawać z godziwym zyskiem o połowę taniej niż u konkurencji. Dziś Sushi 77 to rentowna sieć kilkunastu restauracji, szykowanych na duże dofinansowanie bądź na sprzedaż z odpowiednim przebiciem.
Historia Sushi 77 świetnie oddaje charakter młodego biznesmena. Jeśli znajdzie cel, to rachu-ciachu i po strachu. Niczym rasowy snajper.
Milczenie krytyków
Rozmawiając z ambitnym 34-latkiem z Warszawy, co rusz dostaje się jasny sygnał — daleko mi do nasycenia. To nie jest typ dojrzałego biznesmena, zblazowanego wypasionym życiem, smakującego cygara i wybujanego na jachtach. Marek Tymiński łaknie adrenaliny.
— Mierzy bardzo wysoko — przyznaje Grzegorz Leszczyński.
Porażek, bo jednak miewa takie, nie rozpamiętuje. Studia deweloperskie CI w Brazylii, Meksyku i Peru okazały się niewypałem, a do tego kryzys spowodował, że City odchudziło kadry o połowę? Co z tego. Są za to mocne oddziały w USA, Wielkiej Brytanii czy Niemczech, a koszty mniejsze. Czyli większa marża.
Najmłodszy z najbogatszych Polaków szykuje zatem kolejną część złotodajnej strzelanki. A pomyśleć, że dla wielu komputerowych graczy City Interactive do dziś jest synonimem ładnie opakowanej tandety, robionej niczym Polsat w swych początkach — na patyk i sznurek. Kpiarze? Raczej ludzie z dobrą pamięcią. Jeszcze nie tak dawno firma Marka Tymińskiego specjalizowała się w masowej produkcji dość prostych gier za kilka euro. Biznesmen nie wypiera się przeszłości, ale woli mówić o przyszłości. O nowym wizerunku City Interactive.
— Druga część "Snipera" ma przynieść dużo więcej zysków niż pierwsza i to będzie gra jak najbardziej wysokobudżetowa. Lata temu zaczynaliśmy od produkcji tanich gier, podobny start miało wielu liczących się dziś graczy — odpiera zarzuty branży.
Polska konkurencja w nieoficjalnych rozmowach podśmiewa się z licznych niedociągnięć pierwszego "Snipera" i siermiężności niektórych aspektów wirtualnej nawalanki. Recenzenci z lubością recytują litanię błędów pojawiających się w grze. Wystawiają przeciętne noty. Zapytani o źródło powodzenia i zysków City Interactive milkną jednak na dłużej.
— Prawda jest taka, że my tu się chichramy, ale przecież wiemy, o co chodzi w biznesie komputerowym. Tu jest podobnie jak w Hollywood, gdzie nie sztuką jest zrobić ambitny i doskonały film, który przefrunie jak kometa przez kilka niezależnych kin i którym zachwycą się krytycy. Sztuką jest robić towar masowy, zarabiający krocie — przyznaje jeden ze współwłaścicieli dużego dewelopera gier z Polski.
Grochów bez nitro
Marek Tymiński na każdym kroku pokazuje, że to marża, a nie blichtr i dobry public relations, króluje w jego biznesie. Rywal zza praskiej miedzy, czyli giełdowy Optimus, właściciel CD Projekt (to ci od "Wiedźmina"), imponuje siedzibą. Wiszą tam repliki toporów, mieczy, pochodni, surowa cegła miesza się z metalem. Skórzane kanapy, gustowne stoliki, automaty do gier. Słowem — wypas. A do tego agencje PR tęgo pracujące nad wizerunkiem firmy i jej właścicieli.
Co na to szef City Interactive? Kalkuluje na chłodno. Osobistych piarowców nie ma. Komórkę odbiera.
— George Lucas też nie miał powalającego biura, a jakoś w swojej branży daje radę. Skąpy nie jestem, ale nie chcę wydawać na błyskotki, szydzę ze snobów. Rozumiem, że jakiś balans jest potrzebny, ale bez złotych klamek. Nie ta branża, tu imponuje się technologią, projektami, niezależnością — przekonuje współtwórca sukcesu CI.
Siedziba firmy mieści się gdzieś na Grochowie, w budynku, dla którego słowo "biurowiec" byłoby nobilitacją. W środku schludnie. Ot, kilkanaście pokoi, w których siedzą głównie programiści i finansiści. Jedyna rzucająca się w oczy ekstrawagancja to prezesowski SUV Porsche zaparkowany nieopodal wejścia. Na niemieckich numerach, pewnie dlatego, że tak taniej. A pięcioletni syn i tak narzeka, że choć auto w wersji turbo, to nitro, niczym w grach, nie ma.
Cola i tiry
1990 rok — nastoletni Marek mieszka na obrzeżach Starego Miasta, chodzi do pobliskiej podstawówki, słynącej z charakternej młodzieży. Nauka nauką, najlepiej idzie mu z matmy. Wiadomo — umysł ścisły. A przy okazji rozrywkowy, bo namiętnie gra na komputerze, do tego uczy się programować. Ojciec, wiceminister energetyki i dyplomata za czasów PRL, fan atomistyki, wspiera pasję syna. Pasję biznesową, bo co weekend zawozi jedynaka na giełdę komputerową w centrum Warszawy, gdzie pociecha handluje tym, co ma na zbyciu, kupując inne gry. Ale zawsze zgodnie z zasadą — kup taniej, sprzedaj drożej. Tak, by było na colę, czekoladę i inne zbytki. Reguła handlu weszła mu w krew. Tyle że teraz od wydawania woli inwestowanie.
— Przy tym Marek kocha gry równie mocno jak golfa. To jego pasja, jest świetnym graczem komputerowym. Niegdyś po pracy wielokrotnie zostawaliśmy większą ekipą pograć przeciwko sobie. Nie pamiętam, żeby ktoś ubił Marka — przyznaje Rafał Swat.
— Powiem nieskromnie, że znam się na tej działce i wiem, co się może sprzedać. Pracuję przy tym sporo, bo także wieczorami w domu, mamy przecież oddział w Stanach. Ale nie jest tak, że się zajeżdżam i zaraz mnie zawał dopadnie. Potrafię sobie odpuścić, nie muszę wiedzieć wszystkiego i o wszystkim decydować — przekonuje główny zainteresowany.
Jego kariera w branży gier nabrała tempa na studiach. W liceum była przerwa — pracował nad muskulaturą, co przydaje się w golfie. Nie, nie wylewał potów na siłowni, faszerując się odżywkami. Rozładowywał tiry. Studia to już wielokrotne zmiany szkoły i kierunków, do tego kilka kursów szkół zza Oceanu. Czyli tło. Pierwszy plan to gry.
W rytmie T-Love
1997 rok — czas nie na szczeniacki handel na ulicy, ale na import gier z Niemiec. Marek Tymiński zakłada firmę, kupuje toyotę i bierze pierwszego poważnego wspólnika, który przekonał go do słuchania Davida Bowie. To Jarosław Polak z garażowego nieco wówczas T-Love, dziś znany jako Sidney Polak, muzyk pierwsza klasa. Razem jeżdżą po towar.
— Gdybym został w biznesie, pewnie byłbym o wiele zamożniejszy. W pewnym momencie Marek postawił sprawę jasno. Albo biznes, albo muzyka. Dziś nie robimy interesów, ale raz na jakiś czas idziemy na bal w miasto. Kompan do clubbingu z niego przedni. Jak jednak przychodziło do interesów, to w jednej chwili zapominał o szumie w głowie i włączał zimne, biznesowe myślenie. Potrafi się mocno skoncentrować na jednym celu — uważa Sidney Polak.
W skrócie: ówczesna koncepcja biznesowa Tymińskiego to zgarnianie kolejnych wygranych z mniej lub bardziej udanych biznesów i inwestowanie w coraz większe produkcje. Od sklepu z grami nieopodal kina Luna w Warszawie po firmy dzielące się i mutujące w rytm porywczych wizji ich właścicieli. Żonglerka wspólnikami i pomysłami. Wreszcie kupno licencji na pierwowzór dzisiejszego "Snipera". Kosztowała ledwie kilka tysięcy euro na trzy kraje, a udało się sprzedać sto tysięcy sztuk.
— No to zrobiliśmy własnego "Snipera" i poszło 300 tysięcy sztuk, a potem kolejnej wersji ponad milion. Najnowszy "Sniper" wyjdzie w przyszłym roku i ma znaleźć ponad dwa miliony klientów — wylicza Marek Tymiński.
A dalej? Kolejne duże premiery i inwazja na iPhony i inne przenośne gadżety.
Dołek w piżamie
A oprócz planów biznesowych — plany golfowe, czyli dbanie o najnowszą miłość. Ojciec sukcesu morderczego "Snipera" tłucze się z kijem na trawie wśród snobów? Owszem. W Marku Tymińskim przewidywalność zostaje po stronie biznesu. Tu jest stateczny biznesmen w butach od Prady, uwielbiający sushi. Doskonale się odnajduje w towarzystwie szefów funduszy inwestycyjnych.
— Sukces dodał mu pewności siebie — przyznaje Sidney Polak.
Sukces nie zabił w nim jednak spontaniczności. Nie tak dawno w piątkowy wieczór, gdy brakowało pomysłu, co robić w weekend, zaproponował staremu znajomemu:
— To jedziemy do Austrii na narty. Teraz.
I pojechali.
Kiedy wieczorem wpadnie kilku kumpli z jakąś nowością na konsolę, gierki przedłużają się niemal do świtu, kciuki bolą, oczy szczypią. A następnego dnia mieszanka temperamentów pcha go już na pole golfowe lub na kort tenisowy.
— W tenisa gra ostro, potrafi się wściec — recenzuje go Rafał Swat.
Golf to już inna bajka. Znajomi, tacy jak Arkadiusz Muś, multimilioner, właściciel pola golfowego Rosa, podziwiają jego zapał do szlifowania uderzeń. Szef City Interactive zagadnięty o golf chętnie podejmuje wątek. Osiemnaście dołków to rytuał pochłaniający go bez reszty.
— To nauka trzymania nerwów na wodzy, precyzja, finezja, powtarzalność, psychika. Moje wakacje to zwiedzanie pól golfowych świata. Ostatnie odkrycia — Portugalia i Szkocja — wyjaśnia najmłodszy z najbogatszych Polaków.
W domu na Saskiej Kępie czeka dołek treningowy i ulubione kije. Rasowy snajper ćwiczy celność nawet w piżamie.
Od redakcji - ostatnio w spółce City Interactive:
12.04.2011 r. - Zarząd City Interactive podjął decyzję o przesunięciu premiery wydania gry "Sniper Ghost Warrior 2" o kilka miesięcy w stosunku do planowanej premiery - CZYTAJ WIĘCEJ>>>
18.04.2011 r. - Kurs City Interactive odbija, zarząd poinformował o dacie premiery gry "Sniper Ghost Warrior" na platformę playstation na terytorium Ameryki Północnej. Ma to nastąpić 28 czerwca - CZYTAJ WIĘCEJ>>>
Pot leje ci się po plecach, ale nie z powodu upału. To strach. Cała wyspa jest przeciwko tobie. Tropikalna gęstwina kryje setki mniej lub bardziej przebiegłych najemników szalonego dyktatora. Twoja misja — dorżnąć watahę uzbrojonych po zęby osiłków, zanim oni sprzątną ciebie. Czołgasz się w błocie, wspinasz po drzewach, przeprawiasz przez mokradła. Twój jedyny przyjaciel w tej części świata waży kilkanaście kilogramów i wypluwa pociski na odległość kilku kilometrów. Został jeszcze ten jeden jedyny strzał. W nieruchomym oku celownika widzisz tłuste cielsko herszta bandy. Adrenalina buzuje. Wyrównujesz oddech, luzujesz ramiona, kończysz wewnętrzny monolog. Strzał. Pudło. Bandzior ucieka.
Koszmarny sen? Nie, to gra komputerowa "Sniper". Kolejny złoty pomysł Marka Tymińskiego, najmłodszego z najbogatszych Polaków.
Rach-ciach sushi
Prezes i główny akcjonariusz City Interactive (CI), twórcy wirtualnej strzelanki, to jedno z najgorętszych nazwisk ostatnich miesięcy na warszawskiej giełdzie. Od wiosny 2010 r. akcje jego spółki podrożały o niemal 800 procent. Każda informacja o tym, co się dzieje w City, uruchamia lawinę transakcji, skoków w górę i w dół. Summa summarum, producent gier zarobił w 2010 r. niemal 30 mln złotych, a ponad milion graczy z całego świata do dziś pełni w dżungli krwawą misję według polskiej receptury. Spółka otworzyła studia deweloperskie i oddziały w kilku krajach.
Nieco ponad połowę udziałów w CI należących do Marka Tymińskiego rynek wycenia na 200 mln zł. Uroki bańki? Niekoniecznie.
— Nie jesteśmy przewartościowani. Możemy już wkrótce uzyskiwać gigantyczne marże. Nasza tajemnica? Polskie koszty, lecz światowa sprzedaż. Jako pierwsi z branży przecieraliśmy szlaki na giełdzie, pokazując, że taka działalność może być bardzo rentowna — kwituje Marek Tymiński.
— City jako jedyna spółka z tej branży w Polsce ma szansę na długofalowe zyski. Twórca firmy działa niekonwencjonalnie. Ostatnie dwa lata pokazują, że to doskonała strategia, choć rynek jest trudny — dodaje Grzegorz Leszczyński, prezes IDM SA, który wprowadzał CI na giełdę.
Niekonwencjonalnie, czyli jak? Szybko. Rafał Swat z Markiem Tymińskim ponad siedem lat temu przy okazji treningów tenisa odkryli wspólną pasję kulinarną — sushi. Wówczas danie w Polsce nie tyle popularne, co bajecznie drogie. Wnioski? Spontaniczne. Zakładamy własną restaurację, bo produkty można przywieźć w bagażniku z Niemiec i sprzedawać z godziwym zyskiem o połowę taniej niż u konkurencji. Dziś Sushi 77 to rentowna sieć kilkunastu restauracji, szykowanych na duże dofinansowanie bądź na sprzedaż z odpowiednim przebiciem.
Historia Sushi 77 świetnie oddaje charakter młodego biznesmena. Jeśli znajdzie cel, to rachu-ciachu i po strachu. Niczym rasowy snajper.
Milczenie krytyków
Rozmawiając z ambitnym 34-latkiem z Warszawy, co rusz dostaje się jasny sygnał — daleko mi do nasycenia. To nie jest typ dojrzałego biznesmena, zblazowanego wypasionym życiem, smakującego cygara i wybujanego na jachtach. Marek Tymiński łaknie adrenaliny.
— Mierzy bardzo wysoko — przyznaje Grzegorz Leszczyński.
Porażek, bo jednak miewa takie, nie rozpamiętuje. Studia deweloperskie CI w Brazylii, Meksyku i Peru okazały się niewypałem, a do tego kryzys spowodował, że City odchudziło kadry o połowę? Co z tego. Są za to mocne oddziały w USA, Wielkiej Brytanii czy Niemczech, a koszty mniejsze. Czyli większa marża.
Najmłodszy z najbogatszych Polaków szykuje zatem kolejną część złotodajnej strzelanki. A pomyśleć, że dla wielu komputerowych graczy City Interactive do dziś jest synonimem ładnie opakowanej tandety, robionej niczym Polsat w swych początkach — na patyk i sznurek. Kpiarze? Raczej ludzie z dobrą pamięcią. Jeszcze nie tak dawno firma Marka Tymińskiego specjalizowała się w masowej produkcji dość prostych gier za kilka euro. Biznesmen nie wypiera się przeszłości, ale woli mówić o przyszłości. O nowym wizerunku City Interactive.
— Druga część "Snipera" ma przynieść dużo więcej zysków niż pierwsza i to będzie gra jak najbardziej wysokobudżetowa. Lata temu zaczynaliśmy od produkcji tanich gier, podobny start miało wielu liczących się dziś graczy — odpiera zarzuty branży.
Polska konkurencja w nieoficjalnych rozmowach podśmiewa się z licznych niedociągnięć pierwszego "Snipera" i siermiężności niektórych aspektów wirtualnej nawalanki. Recenzenci z lubością recytują litanię błędów pojawiających się w grze. Wystawiają przeciętne noty. Zapytani o źródło powodzenia i zysków City Interactive milkną jednak na dłużej.
— Prawda jest taka, że my tu się chichramy, ale przecież wiemy, o co chodzi w biznesie komputerowym. Tu jest podobnie jak w Hollywood, gdzie nie sztuką jest zrobić ambitny i doskonały film, który przefrunie jak kometa przez kilka niezależnych kin i którym zachwycą się krytycy. Sztuką jest robić towar masowy, zarabiający krocie — przyznaje jeden ze współwłaścicieli dużego dewelopera gier z Polski.
Grochów bez nitro
Marek Tymiński na każdym kroku pokazuje, że to marża, a nie blichtr i dobry public relations, króluje w jego biznesie. Rywal zza praskiej miedzy, czyli giełdowy Optimus, właściciel CD Projekt (to ci od "Wiedźmina"), imponuje siedzibą. Wiszą tam repliki toporów, mieczy, pochodni, surowa cegła miesza się z metalem. Skórzane kanapy, gustowne stoliki, automaty do gier. Słowem — wypas. A do tego agencje PR tęgo pracujące nad wizerunkiem firmy i jej właścicieli.
Co na to szef City Interactive? Kalkuluje na chłodno. Osobistych piarowców nie ma. Komórkę odbiera.
— George Lucas też nie miał powalającego biura, a jakoś w swojej branży daje radę. Skąpy nie jestem, ale nie chcę wydawać na błyskotki, szydzę ze snobów. Rozumiem, że jakiś balans jest potrzebny, ale bez złotych klamek. Nie ta branża, tu imponuje się technologią, projektami, niezależnością — przekonuje współtwórca sukcesu CI.
Siedziba firmy mieści się gdzieś na Grochowie, w budynku, dla którego słowo "biurowiec" byłoby nobilitacją. W środku schludnie. Ot, kilkanaście pokoi, w których siedzą głównie programiści i finansiści. Jedyna rzucająca się w oczy ekstrawagancja to prezesowski SUV Porsche zaparkowany nieopodal wejścia. Na niemieckich numerach, pewnie dlatego, że tak taniej. A pięcioletni syn i tak narzeka, że choć auto w wersji turbo, to nitro, niczym w grach, nie ma.
Cola i tiry
1990 rok — nastoletni Marek mieszka na obrzeżach Starego Miasta, chodzi do pobliskiej podstawówki, słynącej z charakternej młodzieży. Nauka nauką, najlepiej idzie mu z matmy. Wiadomo — umysł ścisły. A przy okazji rozrywkowy, bo namiętnie gra na komputerze, do tego uczy się programować. Ojciec, wiceminister energetyki i dyplomata za czasów PRL, fan atomistyki, wspiera pasję syna. Pasję biznesową, bo co weekend zawozi jedynaka na giełdę komputerową w centrum Warszawy, gdzie pociecha handluje tym, co ma na zbyciu, kupując inne gry. Ale zawsze zgodnie z zasadą — kup taniej, sprzedaj drożej. Tak, by było na colę, czekoladę i inne zbytki. Reguła handlu weszła mu w krew. Tyle że teraz od wydawania woli inwestowanie.
— Przy tym Marek kocha gry równie mocno jak golfa. To jego pasja, jest świetnym graczem komputerowym. Niegdyś po pracy wielokrotnie zostawaliśmy większą ekipą pograć przeciwko sobie. Nie pamiętam, żeby ktoś ubił Marka — przyznaje Rafał Swat.
— Powiem nieskromnie, że znam się na tej działce i wiem, co się może sprzedać. Pracuję przy tym sporo, bo także wieczorami w domu, mamy przecież oddział w Stanach. Ale nie jest tak, że się zajeżdżam i zaraz mnie zawał dopadnie. Potrafię sobie odpuścić, nie muszę wiedzieć wszystkiego i o wszystkim decydować — przekonuje główny zainteresowany.
Jego kariera w branży gier nabrała tempa na studiach. W liceum była przerwa — pracował nad muskulaturą, co przydaje się w golfie. Nie, nie wylewał potów na siłowni, faszerując się odżywkami. Rozładowywał tiry. Studia to już wielokrotne zmiany szkoły i kierunków, do tego kilka kursów szkół zza Oceanu. Czyli tło. Pierwszy plan to gry.
W rytmie T-Love
1997 rok — czas nie na szczeniacki handel na ulicy, ale na import gier z Niemiec. Marek Tymiński zakłada firmę, kupuje toyotę i bierze pierwszego poważnego wspólnika, który przekonał go do słuchania Davida Bowie. To Jarosław Polak z garażowego nieco wówczas T-Love, dziś znany jako Sidney Polak, muzyk pierwsza klasa. Razem jeżdżą po towar.
— Gdybym został w biznesie, pewnie byłbym o wiele zamożniejszy. W pewnym momencie Marek postawił sprawę jasno. Albo biznes, albo muzyka. Dziś nie robimy interesów, ale raz na jakiś czas idziemy na bal w miasto. Kompan do clubbingu z niego przedni. Jak jednak przychodziło do interesów, to w jednej chwili zapominał o szumie w głowie i włączał zimne, biznesowe myślenie. Potrafi się mocno skoncentrować na jednym celu — uważa Sidney Polak.
W skrócie: ówczesna koncepcja biznesowa Tymińskiego to zgarnianie kolejnych wygranych z mniej lub bardziej udanych biznesów i inwestowanie w coraz większe produkcje. Od sklepu z grami nieopodal kina Luna w Warszawie po firmy dzielące się i mutujące w rytm porywczych wizji ich właścicieli. Żonglerka wspólnikami i pomysłami. Wreszcie kupno licencji na pierwowzór dzisiejszego "Snipera". Kosztowała ledwie kilka tysięcy euro na trzy kraje, a udało się sprzedać sto tysięcy sztuk.
— No to zrobiliśmy własnego "Snipera" i poszło 300 tysięcy sztuk, a potem kolejnej wersji ponad milion. Najnowszy "Sniper" wyjdzie w przyszłym roku i ma znaleźć ponad dwa miliony klientów — wylicza Marek Tymiński.
A dalej? Kolejne duże premiery i inwazja na iPhony i inne przenośne gadżety.
Dołek w piżamie
A oprócz planów biznesowych — plany golfowe, czyli dbanie o najnowszą miłość. Ojciec sukcesu morderczego "Snipera" tłucze się z kijem na trawie wśród snobów? Owszem. W Marku Tymińskim przewidywalność zostaje po stronie biznesu. Tu jest stateczny biznesmen w butach od Prady, uwielbiający sushi. Doskonale się odnajduje w towarzystwie szefów funduszy inwestycyjnych.
— Sukces dodał mu pewności siebie — przyznaje Sidney Polak.
Sukces nie zabił w nim jednak spontaniczności. Nie tak dawno w piątkowy wieczór, gdy brakowało pomysłu, co robić w weekend, zaproponował staremu znajomemu:
— To jedziemy do Austrii na narty. Teraz.
I pojechali.
Kiedy wieczorem wpadnie kilku kumpli z jakąś nowością na konsolę, gierki przedłużają się niemal do świtu, kciuki bolą, oczy szczypią. A następnego dnia mieszanka temperamentów pcha go już na pole golfowe lub na kort tenisowy.
— W tenisa gra ostro, potrafi się wściec — recenzuje go Rafał Swat.
Golf to już inna bajka. Znajomi, tacy jak Arkadiusz Muś, multimilioner, właściciel pola golfowego Rosa, podziwiają jego zapał do szlifowania uderzeń. Szef City Interactive zagadnięty o golf chętnie podejmuje wątek. Osiemnaście dołków to rytuał pochłaniający go bez reszty.
— To nauka trzymania nerwów na wodzy, precyzja, finezja, powtarzalność, psychika. Moje wakacje to zwiedzanie pól golfowych świata. Ostatnie odkrycia — Portugalia i Szkocja — wyjaśnia najmłodszy z najbogatszych Polaków.
W domu na Saskiej Kępie czeka dołek treningowy i ulubione kije. Rasowy snajper ćwiczy celność nawet w piżamie.
Od redakcji - ostatnio w spółce City Interactive:
12.04.2011 r. - Zarząd City Interactive podjął decyzję o przesunięciu premiery wydania gry "Sniper Ghost Warrior 2" o kilka miesięcy w stosunku do planowanej premiery - CZYTAJ WIĘCEJ>>>
18.04.2011 r. - Kurs City Interactive odbija, zarząd poinformował o dacie premiery gry "Sniper Ghost Warrior" na platformę playstation na terytorium Ameryki Północnej. Ma to nastąpić 28 czerwca - CZYTAJ WIĘCEJ>>>
