Świat stanął na progu kryzysu gospodarczego...

Krupa Kazimierz, Sroka Jarosław
opublikowano: 2001-03-14 00:00

Świat stanął na progu kryzysu gospodarczego...

Wśród inwestorów giełdowych, analityków i finansistów utarło się, że gdy gospodarka amerykańska kichnie — to cały świat dostaje kataru. A co się dzieje, gdy gospodarka amerykańska zapadnie na ciężką grypę? Ano to, co obserwujemy właśnie teraz.

W gospodarce tak rozwiniętej jak amerykańska najlepszym wskaźnikiem jej zdrowia jest wartość indeksu giełdowego, podstawowego wskaźnika koniunktury, optymizmu i skłonności do zakupów. Do niedawna rolę tę pełnił poczciwy, liczący sobie wiele lat, Dow Jones. Ale już od ponad roku oczy inwestorów znacznie uważniej obserwują wahania Nasdaqa — indeksu tzw. nowej gospodarki. Jego pozycja umocniła się wraz z internetową hossą na początku roku 2000, kiedy to 10 marca osiągnął historyczny szczyt 5048,62 pkt.

Sprzedawano przyszłość. Nowa gospodarka miała uniezależnić koniunkturę od wysokości stóp procentowych, miała być takim najnowszym perpetum mobile współczesnego świata. Weryfikacja przyszła jednak znacznie wcześniej niż się spodziewano — i zaczęły się schody. Od swojego szczytu barometr Nasdaq spadł już o ponad 60 proc. i znalazł się na poziomie najniższym od listopada 1998 roku, kiedy nikt jeszcze o nowej gospodarce nie mówił. Notowania wielu firm, przede wszystkim internetowych, obniżyły się o 80-90 procent.

Wirus błyskawicznie rozprzestrzenił się po całym świecie. Pierwsze poważnie zachorowały giełdy azjatyckie, z największą giełdą tego regionu, giełdą w Tokio, na czele. Jej indeks od początku roku pogłębia dołki, osiągając wreszcie poziom najniższy od 16 lat. Następnie przyszła pora na giełdy europejskie. Indeksy na największych parkietach w Londynie, Paryżu i Frankfurcie cofnęły się do poziomu z roku 1999. Z portfeli inwestorów wyparowały niewyobrażalne, kwoty liczone w bilionach dolarów.

Mechanizm tej choroby jest prosty: krach na Nasdaqu — totalny odwrót od spółek w jakikolwiek sposób związanych z sektorem teleinfo — krach na rynkach nowych technologii na wszystkich giełdach świata — drastyczne pogorszenie klimatu inwestycyjnego. Inwestorzy, w obawie o swoje portfele, sprzedają nie tylko spółki związane z nową technologią, ale — by zrekompensować straty na nich poniesione — wyzbywają się również innych akcji. I tak nakręca się spirala spadków.

I znowu wracamy do Stanów. Lata 1999 i 2000 były rekordowe pod względem wartości kapitałów, jakie napłynęły do funduszy inwestycyjnych. 60 proc. tych środków zainwestowano właśnie w akcje spółek notowanych na Nasdaq. I tych pieniędzy, w znacznym stopniu, nie ma — zdematerializowały się. Oznacza to zasadniczo mniejsze zasoby kapitału inwestycyjnego i konsumpcyjnego, a od tego do recesji tylko jeden krok. Recesja na tamtym rynku — to kryzys gospodarczy na całym świecie. Niestety również u nas, chociaż akurat w tej sprawie jesteśmy Bogu ducha winni.

prosta Korelacja: Od początku roku 2000 indeksy koniunktury na giełdach papierów wartościowych w Nowym Jorku i w Warszawie wykazują zadziwiającą zgodność.

...z powodu internetowej gorączki

Czy, przykładowo, Wojciech Krefft, główny akcjonariusz i prezes giełdowego Chemiskóru, ma wyobraźnię i odwagę Jeffa Bezosa, twórcy Amazon.com? Być może tak. Na razie jednak tylko słynny Amerykanin zdobył się na ostrzeżenie przed zakupami akcji spółek informatycznych. Inwestorzy, którzy mają jeszcze w swoich portfelach tzw. dotcomy, nie powinni spać spokojnie — tak powiedział, a chyba wie, co mówi. Sam stworzył bowiem firmę, która choć znana i podziwiana, modelowo zarządzana, zwalnia ludzi, histerycznie tnie koszty, a kurs leci na łeb, na szyję. Guru zaś dyskretnie pozbywa się własnych akcji. Zresztą Jeff Bezos Ameryki nie odkrył, bo za oceanem nikt już nie śpi — ryzyko przegapienia kolejnej masowej wyprzedaży akcji spółek internetowych jest zbyt duże.

A u nas? Również ostry zjazd, zaś liderem spadków także jest branża IT. Na tym jednak lista podobieństw chyba się wyczerpuje, bo festiwal obietnic rodzimych internetowych guru trwa w najlepsze. Zarządy kulejących spółek wciąż snują plany ekspansji i zapowiadają przejęcia innych — również ledwo żywych. Tylko co im pozostało? Świeżego kapitału nie widać, wartość internetowego know-how topnieje równie szybko, jak śnieg na Kasprowym, a ze starą skorupą wcale niełatwo się rozstać. Na szczęście, najstarsze polskie dotcomy nieco się już opamiętały i tną koszty oraz redukują świetnie opłacane załogi entuzjastów rewolucji technologicznej.

Nieprzypadkowo na wstępie wymieniłem prezesa Kreffta. Zapominając na chwilę o imponujących inwestycjach Chemiskóru w media drukowane, warto jednak zwrócić uwagę na ostatnią inwestycję w portal Ahoj. Część obserwatorów gładko to przełknęła: Ahoj uratował życie, oddając się w ręce jednej z najbardziej dynamicznych spółek giełdowych. Niewielu odważnych, w tym analitycy DI BRE, zwróciło publicznie uwagę na to, że „ratownik” daje w zamian tylko swoje akcje, które za kilka miesięcy również mogą być bezwartościowe.

Czyżby pierwsza trzeźwa ocena sytuacji na GPW?