Ding-dong z głośniczka i już otwierają się drzwi windy w Warsaw Financial Center, miejscu pracy Wielu Ważnych Ludzi. 16 wind rozwozi pasażerów na 32 piętra wieżowca. Każde wygląda tak samo nudno — drzwi otwierają się i widać biały sufit, czarne ściany i podłogę wyłożoną ciemną glazurą.




Jednak na 16. i 18. piętrze szerzej otwierają się oczy, tam ma siedzibę Kompania Piwowarska. Najpierw źrenice drażnią neony promujące piwo Lech i podświetlane hasła reklamowe. Na posadzce można pograć w wirtualne kręgle. Na 18. poziomie szumią łany pszenicy i robi się jakoś swojsko. Ot, pomysł na promocję piwa Tyskie Klasyczne.
— Tak, to mój pomysł. Kiedy przychodzę w nowe miejsce, odciskam na nim swoje piętno. Pracownicy przez pół roku przekonywali mnie, że w tak nobliwym biurowcu nie da się zrobić takiego szaleństwa. I kto miał rację? — śmieje się Robert Priday, od dwóch lat prezes Kompanii Piwowarskiej.
Ego bez pompki
Podczas 30-letniej kariery w SABMiller, do którego należy Kompania, Priday miał okazję sprawdzać umiejętności w kilku krajach rozsianych po kontynentach. Zaczęło się od RPA, gdzie się zresztą wychował (choć urodził się w Wielkiej Brytanii), potem była Polska (to on niegdyś łączył browary z Tychów i Poznania) i Słowacja, Honduras, Peru... no i znowu Polska. Można byłoby więc oczekiwać, że gabinet prezesa będzie wyglądał niczym fragment ekspozycji w muzeum etnograficznym. Upstrzony pamiątkami z odległych miejsc, zdjęciami, dyplomami. Nic z tych rzeczy. Na biurku zdjęcia rodziny, pod biurkiem lodówka z coca-colą i żadnych peruwiańskich czapek.
— Mam drugie biuro w domu. Tam jest pełno wspomnień, zdjęć, pamiątek. Tu mam wszystko, co potrzebne mi do pracy. Wolę proste gabinety, mały stół, tablicę do rysowania. To miejsce, gdzie mogę się spotkać z menedżerami na partnerskich zasadach. Nie chcę robić show w biurze, pompować sobie ego, popisując się gadżetami. Ma być czysto, jasno, bez żadnej ostentacji. Rezultaty firmy pokażą, kto jest najlepszy — wyjaśnia Robert Priday.
Flaga, Figo, flaszki
Czy pustka mierzi? Nie, ornamentyka jest, ale za przeszklonymi ścianami. Siedzimy przecież na 18. piętrze nowoczesnego biurowca w centrum Warszawy, w samym narożniku budynku. Widok na dwie strony świata robi wrażenie.
— Oczywiście mam tu sporo piwa, bo dostaję próbki nowych opakowań i produktów — tłumaczy gospodarz.
Gołych ścian jednak nie uświadczysz. Za plecami Roberta Pridaya wisi pokaźna mapa Polski („odziedziczona po poprzedniku”), po jej bokach dwie fotografie. Na jednej jest prezes w towarzystwie m.in. gwiazd piłki biorących udział w kampanii reklamowej przed Euro 2012 („Luis Figo to mój kolega z madryckiego pola golfowego”) a na drugiej, czarnobiałej, powiewa biała flaga z logo Kompanii Piwowarskiej.
— To nie jest zwykłe zdjęcie. Wybrałem je z setek zrobionych na nasz użytek. Ta flaga jest dla mnie symbolem. Bo z wykształcenia jestem finansistą, ale z zawodu — pasjonatem browarnictwa. Ta flaga ma pokazywać moją pasję, dumę z tego, gdzie pracuję i z kim — wyjaśnia prezes i wierzy, że do skromnego wystroju dołączy kiedyś jeszcze jeden dyplom: certyfikat poświadczający tzw. hole in one, trafienie piłeczką golfową do dołka za pierwszym uderzeniem.
Lista pasażerów „Queen Elizabeth”, czyli tata, bohater Liverpoolu
Robert Priday senior, ojciec prezesa Kompanii Piwowarskiej, był niezłym sportowcem — wygrał mistrzostwa rodzinnego RPA w biegu na 440 jardów i strzelał gole dla Cape Town City. Ale to małe piwo, bo po przyjeździe na Wyspy Brytyjskie dostał angaż w słynnym Liverpoolu FC, gdzie grał jako skrzydłowy. W sezonie 1946/47 zapisał się na stałe w annałach klubu, strzelając dwie kluczowe bramki w dwóch ostatnich meczach sezonu. Liverpool FC został mistrzem, ledwie o punkt wyprzedzając Manchester United. Dwa lata później 24-letni wówczas Priday pobił rekord transferowy klubu, przechodząc do Blackburn Rovers za 10 tys. funtów. Pamiątką z tych czasów jest lista pasażerów udających się w 1948 r. w rejs do USA na pokładzie „Queen Elizabeth”. Można na niej odczytać nazwisko Roberta Pridaya, ówczesnego skrzydłowego Liverpoolu FC.
