Szampania pod Krakowem

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2014-08-29 00:00

Specjalista od foteli i krzeseł radość znalazł w nektarze bogów. Adam Krzanowski, prezes Grupy Nowy Styl, kupił winnicę na Węgrzech, a potem założył swoją, przydomową. Na zdrowie

Podobno siedzenie nie jest przesadnie korzystne dla kręgosłupa i serca. Dlatego lepiej pochodzić. Ale tak bez celu? Adam Krzanowski, prezes i współzałożyciel Grupy Nowy Styl, potentata w produkcji krzeseł, ma na to radę. Spacery po przydomowej kilkuhektarowej winnicy to jest to. Bo biznes biznesem, ale w winiarstwie Adam Krzanowski nie nastawia się na zysk, lecz na dobrą zabawę i satysfakcję. Od kilku lat pod Krakowem pracuje nad szlachetnością produkowanych tam winnych trunków. Tak, by dorównały choćby węgierskim napitkom, gdzie zresztą Adam Krzanowski jest… współwłaścicielem winnicy.

Kłębek emocji

— Nie ukrywam, że z żoną bardzo lubimy wino. Niegdyś od jednego z dystrybutorów naszej firmy na Węgrzech dostaliśmy skrzynkę tamtejszego specjału. Smakował wyśmienicie, rozbudził nasze zainteresowanie. Trunek pochodził z winnicy Zoltána Polgára z Villány. Zatem poszliśmy po nitce do kłębka — śmieje się Adam Krzanowski.

To wówczas narodził się pomysł kupienia choć kawałka rodzącej winogrona ziemi. Interesował go właśnie rejon Villány, niewielkiego węgierskiego miasteczka przy granicy z Chorwacją. Przez kilka lat za pośrednictwem mieszkającego na Węgrzech kolegi podpytywał Polgára o okazje inwestycyjne. Ten konsekwentnie odpowiadał, że oczywiście pomoże, ale nikt nic nie sprzedaje. Aż wreszcie mistrz się złamał i sprzedał kawałek własnej ziemi. I tak Adam Krzanowski został współwłaścicielem winnicy u boku jednego z najlepszych madziarskich winiarzy, choć Villány wizytuje raczej sporadycznie.

— Układ jest taki, że to Zoltán Polgár dba o całość i produkuje wina w trzech kategoriach. My odbieramy od niego tę najwyższą, resztę bierze dla siebie. Mamy własne etykiety, dzielimy się winem ze znajomymi. Zamiast kupować whisky, możemy dać im od siebie coś przynoszącego więcej emocji i osobistych doświadczeń — wyjaśnia Adam Krzanowski.

Osobistych doświadczeń jest coraz więcej — za swoim domem w Bolechowicach pod Krakowem, na łagodnym wzgórzu, biznesmen zasadził nieco ponad 2 tys. krzewów w winnicy, ktorą nazwał Zielona. Adam Krzanowski nie ogranicza się jednak do konsumpcji i podziwiania. Zawija rękawy i od lat systematycznie podnosi poziom produkowanych przez siebie win.

Klimat dla Rieslinga

Pomysł własnej winnicy narodził się dzięki Romanowi Myśliwcowi, weteranowi win made in Poland.

— Lecąc samolotem, w magazynie pokładowym przeczytałem tekst o Romanie Myśliwcu z Jasła, który przekonywał, że również w Polsce da się zrobić dobre wino. Szybko do niego dotarłem, zaczęliśmy dyskutować i wkrótce kupiłem pierwsze sadzonki — opowiada prezes Grupy Nowy Styl.

W 2006 r. było to już 1,5 tys. krzewów i zaczęły się pierwsze próby. Na tapecie były zarówno białe, jak i czerwone wina szczepów Sibera, Bianca, Seyval Blanc, Muskat Odesskij, Rondo i Millot.

— Początki to eksperymenty i pierwsze odebrane lekcje — wspomina Adam Krzanowski i ze znawstwem mówi o niuansach wegetacji, dojrzewania i wagi decyzji o zbiorach.

Twierdzi, że dzięki pomocy fachowców i wgryzieniu się w temat udało mu się zadać kłam popularnej teorii, głoszącej, że w Polsce przyzwoitego wina stworzyć się nie da. Da się, wyznając zasadę, że jeśli kompromisy, to tylko klimatyczne. O jakościowych nie ma mowy, gust ma wyrobiony!

— Po wielu próbach i doświadczeniach doszedłem do wniosku, że w naszych warunkach klimatycznych najlepiej sobie radzą białe wina. Wytwarzamy zatem głównie trunki przypominające świeżością i kwasowością austriackie Rieslingi, które zresztą bardzo lubię. Idziemy nawet dalej i zaczynamy robić wina musujące. Takie z wykorzystaniem tradycyjnejmetody z Szampanii. Paradoksalnie, pod Krakowem jest wiele cech klimatu Szampanii, tamtejsze szczepy dobrze się czują i w mojej winnicy. Nie popadam przy tym w megalomanię, znam swoje ograniczenia. Szampana nie przebijemy, jednak wiele winnic w Polsce doszło do dobrego poziomu w swoich niszach — tłumaczy biznesmen, któremu w uprawie winorośli i jej przetwarzaniu pomaga Marek Jarosz, kolejny polski autorytet winiarstwa.

Taczka towarzyska

Ograniczenia to głównie klimat — burze gradowe, przymrozki, długa wegetacja, małe nasłonecznienie. Dlatego o intensywnie taninowym czerwonym winie a la Bordeaux nie ma nawet co marzyć. Ale jest i jasna strona klimatu — towarzyskiego. Każdego roku kilkudniowe winobranie w Bolechowicach zamienia się w wydarzenie na skalę (nawet nie tylko) okolicy. I nie chodzi wcale o masową degustację pozostałości z poprzednich roczników. Przyjeżdża rodzina, znajomi, sąsiedzi, każdy dostaje narzędzia, skrzynkę, taczkę. Jest radość, integracja, ale też fizyczna praca.

— W naszej winnicy wszystko jest przeprowadzane metodą gospodarską. Sami zbieramy i przetwarzamy owoce. Czasem jest to pospolite ruszenie, tak jak w zeszłym roku, gdy przymrozki przyszły niespodziewanie wcześnie — opowiada prezes Grupy Nowy Styl, któremu zdarzało się przestawiać cały grafik spotkań wobec palącej potrzeby winobrania.

Zebrane we właściwym czasie owoce są mechanicznie rozgniatane, ręczne prasy wyciskają sok, który płynie do jednego z kilku 300-litrowych zbiorników. Każdy udany rocznik to około 2 tysiące butelek, trafiających — jako prezenty — głównie do znajomych i współpracowników braci Krzanowskich.

Nerwy w butelce

— Mamy swoje butelki, choć etykiet już mi zabrakło. Trochę zaniedbuję ostatnio marketing, ale w końcu to pasja nie biznes — przyznaje Adam Krzanowski, jednocześnie podkreślając, że w Polsce winiarstwo jako sposób na życie to ciężki kawałek chleba i wyzwanie w dużej mierze administracyjne.

Nieżyciowe przepisy obejmują wszystkich, także małych lokalnych producentów, którzy np. muszą zgłosić chęć zbiorów do Urzędu Celnego co najmniej trzy dni przed ich rozpoczęciem. A więc powinni umieć coś, z czym nie radzą sobie najtęższe umysły i komputery — przewidzieć pogodę na kilka dni naprzód. Do tego dochodzą m.in. sprawy akcyzy, dystrybucji i reklamy. Dlatego lepiej pozostać pasjonatem. To niweluje ryzyko frustracji i niepotrzebnych nerwów. A wiadomo — stres zakłóca działanie kubków smakowych, jakże potrzebnych przy degustacji nektaru bogów.

Rzymska inspiracja

Węgierski region Villány znany był z upraw winorośli już za czasów Imperium Rzymskiego. W ostatnich stuleciach mieszały się tam wpływy nacji z południa Europy i z północy (głównie germańskich). Wina z małego miasteczka o uroczej architekturze zyskały sławę z racji m.in. łagodnego klimatu sprzyjającego uprawie czerwonych winorośli. Zbocza osłonięte od północnego wiatru pozwalają winogronom nasycać się ciepłem i słońcem. Dziś Villány to także cały przemysł turystyczny związany ze zwiedzaniem niewielkich, ale pięknych winnic. Najsłynniejsze wina z okolicy to Rosé, Portugieser, Cabernet Sauvignon, Cabernet Frank, Kékfrankos i Merlot.

Możesz zainteresować się również: