Szczęście przynoszą aruany

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-07-24 00:00

Sportowa ambicja nie pozwala im spocząć na laurach. Nie interesuje ich miejsce w czołówce. Liczy się złoty medal.

Gabinet szefa Action. Skromny, za to wielki jak welodrom. Wokół biurka można by kręcić kółka na rowerze. Puchary i trofea sportowe w niemal hurtowej ilości jak w gabinecie prezesa klubu sportowego. Jest co oglądać w oczekiwaniu prezesa, którego wciąż nie ma. Jesteśmy przed czasem.

— O, już wjeżdża — mówi, zerkając za okno, Jacek Krawiec, doradca prezesa.

Czyżby? Widać uniesiony szlaban, strażnika na baczność i faceta na rowerze, pewnie kuriera. Nie, to chyba nie prezes.

Nie minął kwadrans. Do gabinetu wpada Piotr Bieliński. Spodnie w kancik, garnitur, nienagannie zawiązany krawat. Zero potu i zmęczenia.

— Jechałem na skróty — mówi. — Za blisko mieszkam, bo na Ursynowie. Na rowerze, przez las, jestem tu w pół godziny. Jak się sprężę, to nawet w 20 minut. Na zawodach jeździ się po pięć godzin...

— Dla Piotra mniej niż sto kilometrów to nie jazda — dodaje Krawiec.

Sportowe życie

Trudno inaczej, skoro prezes Action startuje w zawodach kolarskich Bike Maraton. Zamiast o komputerach, planach inwestycyjnych i debiucie na giełdzie rozmawiamy o sporcie, o sponsorowanej przez Action Profesjonalnej Grupie Kolarskiej Intel-Action. To prawdziwy dream team. Są w niej niemal wszyscy najlepsi polscy kolarze, czterech olimpijczyków, siedmiu byłych lub aktualnych mistrzów Polski, sześciu zwycięzców Tour de Pologne, uczestnicy Giro d’Italia, Tour de France i Vuelta a EspaĖa.

W kącie gabinetu dostrzegam buty do biegania. I znów nie dowiem się o planach inwestycyjnych.

— Piotr nie tylko jeździ na skróty, ale także biega na przełaj — znowu mówi Krawiec — niegdyś reprezentant Polski w mistrzostawach świata w biegach przełajowych.

Wyszło szydło z worka. Prezes Bieliński jest trzykrotnym mistrzem Polski juniorów w biegu na 1500 metrów. Jego żona, która również pracuje w Action, biegała maratony.

— Wczoraj przyjechał Kazio Lasecki, wiceprezes, który odpowiada za naszą filię na Ukrainie. Wieczorem, po pracy, biegaliśmy półtorej godziny. Kazik to dwukrotny reprezentant Polski na mistrzostwach świata w biegu przełajowym, uczestnik wielu maratonów — chwali kolegę Bieliński.

Jest jeszcze Olgierd Matyka, wiceprezes ds. finansowych. Jedyny, który ma „siedzące” hobby — potrafi godzinami rozpracowywać strategiczne gry komputerowe oraz ślęczeć nad powieściami sensacyjnymi i science fiction.

— Większość osób tworzących Action to byli sportowcy, lekkoatleci, płotkarze i maratończycy. Kadrę narodową dałoby się uskładać — uważa Bieliński.

Biznes z plecaka

Na początku lat 90. zaczynali jak wielu, od niczego, ale w tamtych czasach wystarczyło niewiele. Piotr Bieliński, Olgierd Matyka i Wojciech Wietrzykowski handlowali grami i drobiazgami komputerowymi na warszawskiej giełdzie komputerowej.

— Pamiętam, gdy JTT sprzedawało już z samochodu, my biegaliśmy jeszcze z towarem w plecakach — wspomina Bieliński.

Po kilku latach, jedni z pierwszych, odeszli z giełdy. Weekendowe stanie zamienili na niewielkie biuro i magazyn w pobliżu Starówki. I pewnie nadal by tam tkwili, gdyby nie wykorzystali szansy. Dwa lata później rząd zapowiedział wprowadzenie podatku VAT na komputery.

— Wszyscy chcieli zdążyć z zakupami przed jego wprowadzeniem. Towar schodził na pniu. Ostatnie sześć tygodni przed VAT to był szał, sprzedawaliśmy tir towaru dziennie, z ulicy, bo w naszym magazynie zmieściłby się chyba tylko kierowca. Towar trzeba było reglamentować, tylu było chętnych — opowiada Bieliński.

Po wprowadzeniu VAT wszystko stanęło.

— Sprzedaliśmy dosłownie jedną myszkę i jakiś kabel — dodaje Bieliński.

W natarciu

W 1996 r. Action po raz pierwszy wziął udział w targach Komputer Expo i od razu podpisał umowę na dystrybucję produktów Samsunga. Były pieniądze, zaczęli myśleć o sieci dystrybucji w całym kraju. Inwestowali z głową, nie przejadali zysków. Od dwóch lat Bieliński nie jeździ już rowerem na Starówkę, lecz do nowej siedziby firmy pod Warszawą, połączonej z ultranowoczesnym magazynem, z którego rocznie wysyła się 600 tys. przesyłek.

Nabrali rozpędu. Action przejął spółkę California Computer, rozpoczął produkcję sprzętu komputerowego pod własnymi markami (Actina, ActiveJet, Active Power oraz ACT), aż w końcu ruszył z ekspansją na rynki zagraniczne (12 sklepów na Ukrainie, w planach też sprzedaż pod własnymi markami na Słowacji, w Czechach, na Łotwie i Litwie) i uruchomienie internetowej platformy sprzedaży.

Dzisiaj Action sprzedaje m.in. komputery stacjonarne, serwery, materiały eksploatacyjne, monitory, odtwarzacze MP3 i zasilacze UPS. Katalog produktów przypomina książkę telefoniczną. Klienci? Zarówno młodzi chłopcy pakujący towar do plecaków, jak i wielcy integratorzy. Ilu? W internetowej bazie Action ma 12 tys. klientów, miesięcznie zakupy robi jakieś 7 tys. firm. Faktur wystawia 380 tys. rocznie.

— W zeszłym tygodniu padł rekord — 89 tys. pozycji kupionych przez klientów w siedem dni — mówi Krawiec.

— Którzy jesteście w branży?

— Na razie drudzy — mówi Bieliński.

To „na razie” jest znamienne. Sportowa ambicja. Nieważne, że na pudle, liczy się jedynka.

— Ale za dwa lata na bank będziemy numerem jeden — dodaje Bieliński.

Maybachy logistyki

Do Action należy dzisiaj ponad 16 proc. rynku dystrybucji IT, jego konkurent AT DATA ma około 4 pkt proc. więcej. Po pierwszych sześciu miesiącach roku obrotowego 2005/06 (jego zakończenie 31 lipca) przychody Grupy Action przekroczyły 830 mln zł. Zysk operacyjny wyniósł ponad 14,8 mln zł, a zysk netto 11,4 mln zł.

Ambicja swoją drogą, ale czemu akurat Action ma być na czele peletonu?

— Mamy najnowocześniejsze centrum logistyczne. Dowolne zamówienie realizujemy w 24 godziny. To u nas standard. Od roku dopieszczamy internetowy system sprzedaży iservis. Klient może w nim śledzić miejsce swojej przesyłki, o której godzinie od nas wyszła i gdzie się aktualnie znajduje — mówi Bieliński.

Nie przesadza z centrum logistycznym. Jego rozmiar, a przede wszystkim nowoczesność, zaskakują nawet bardziej niż gabinet prezesa z akwarium. Choćby te inteligentne regały. Same potrafią określić wielkości produktu i zarezerwować dla niego dokładnie tyle miejsca na półce, ile trzeba.

— To maybachy logistyki, najnowocześniejsze regały windowe Lean Lift. Trzy regały zajmują raptem 27 mkw., ale na tak małej powierzchni może pomieścić kilka tys. pozycji, do których dostęp jest wyjątkowo łatwy. Winda jeżdżąca z prędkością 2,5 metra na sekundę dostarcza towar wprost przed pracownika — twierdzi Bieliński.

Czas na niewygodne pytania. Chodzi o Pawła Tanajno, współwłaściciela oraz byłego prezesa spółki PTR, jednego z największych kontrahentów detalicznych Action. Tanajno oskarżył Piotra Bielińskiego m.in. o ukrywanie istotnych dla akcjonariuszy informacji, które mogły wpływać na wynik finansowy spółki. Chodziło o ukrywanie przed inwestorami, m.in. powiązań kapitałowych między obiema firmami. Piotr Bieliński przyznaje, że miał i ma 8,52 proc. udziałów w PTR, a razem z udziałami żony — 17,04 proc., co zostało opisane w prospekcie emisyjnym.

— Już po zwolnieniu w ubiegłym roku z funkcji prezesa PTR Paweł Tanajno zapowiedział, że utrudni nam życie. Jakieś dwa miesiące temu skontaktował się ze mną, domagając się 2 mln złotych i wycofania zarzutów w toczących się przeciwko niemu w prokuraturze sprawach. W zamian zobowiązał się, że nie będzie się wypowiadał publicznie o działalności Action oraz PTR. Dla mnie to zwykły szantaż, więc zawiadomiłem o nim prokuraturę — mówi Bieliński.

Ukraińska karta

Wszyscy mówią to samo: Ukraina to dziewiczy rynek, tak jak u nas w latach 90. Taka kopia Polski sprzed lat. Bardzo chłonny i nienasycony. Na razie nie ma jeszcze zbyt wielu hipermarketów i dużych centrów handlowych. Kto pierwszy tam wejdzie, ten będzie rozdawać karty. Bieliński chce być jednym z pierwszych.

— Mamy partnera ukraińskiego i sieć kilkunastu sklepów, w tym trzy duże o powierzchni od 800 do 2000 mkw. W Action Ukraina mamy większościowy udział i zaczynamy otwierać kolejne sklepy od 2000 do 3000 mkw., pod własną marką Szok. Ostatnio otworzyliśmy taki w centrum Lwowa — informuje Bieliński.

Na otwarcie przyszły tłumy. Nawet w Polsce o takich można pomarzyć, mimo że nie kusili niższymi cenami. Tak twierdzą.

— Ludzie traktowali to jako wydarzenie, a nie okazję do tanich zakupów — dodaje Krawiec.

Nic dziwnego, że Action zamierza ostro inwestować na Ukrainie. Część pieniędzy z emisji publicznej pójdzie właśnie na rozwój sieci na Wschodzie.

Chińczycy pod wrażeniem

Całą jedną ścianę gabinetu szefa Action zajmuje gigantyczne akwarium. Waży jakieś 3,5 tony. Samej wody ponad 2,7 tys. litrów. Dłuższej szyby niż ta w akwarium już się nie dało w Polsce zrobić. Akwarium ustawiano dźwigiem na specjalnie wzmocnionym stropie.

Każdy, kto wchodzi do prezesa Bielińskiego, wpierw dostrzega go przez szybę, wśród ryb i roślin. Zresztą jakich ryb — ryby to śledzie czy węgorze, a nie takie giganty ze szczękami, jak koparki.

— To aruany. Nasze są małe, ale okazy na wolności osiągają ponad metr długości i potrafią zjeść małą małpkę — tłumaczy prezes.

To jakiś symbol?

— Chińczycy, którzy do nas przyjeżdżają, mówią, że przynoszą szczęście i pieniądze — tłumaczy Bieliński.

I przynoszą? Zobaczymy. Dzisiaj debiut Action na giełdzie.