W huku spadającego złotego i rządowej kawaleryjskiej odsieczy dla naszej waluty umknęło wtorkowe wieczorne spotkanie premiera Donalda Tuska. A jak się wydaje właśnie efektem tego spotkania jest wczorajsza deklaracja szefa klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewa Chlebowskiego, że zapadła decyzja o wejściu do mechanizmu ERM2 bez zmiany konstytucji. Z jednej strony miło posłuchać, że w sprawie wejścia do strefy euro zapadła jakaś decyzja, bo od tygodni słyszymy jedynie deklaracje, że euro jest nadal naszym celem. Z drugiej, lepiej by było, gdyby takie deklaracje padały z ust premiera. Ale szef rządu był zajęty ratowaniem złotego. Skądinąd to, co się dzieje ostatnio z naszą walutą, jedynie potwierdza tezę, że lepiej by było, gdybyśmy w obecnych warunkach w strefie euro byli, niż pozostawali poza nią. "New York Times" zauważa, że euro wytycza nową linię podziału w Europie Wschodniej. Niepokojąco brzmią również francuskie pomysły na europejski rząd gospodarczy, obejmujący tylko kraje strefy euro (czemu przeciwstawia się premier przewodniczących obecnie UE Czech Mirek Topolánek).
Z tego, że lepiej by było w strefie euro nie wynika jeszcze, jak do tego celu bezpiecznie dojść. Deklaracja Chlebowskiego, której intencją było zapewne potwierdzenie determinacji koalicji i rządu w tej sprawie oraz uspokojenie nieco inwestorów, może nie spełnić tego zadania. Bo przedstawiona przez szefa klubu PO droga obarczona jest znacznym politycznym ryzykiem — plan jest taki, wejść do ERM2 i poczekać ze zmianami w konstytucji na bardziej sprzyjający układ polityczny, który — w założeniach — ma się pojawić po wyborach prezydenckich w 2010 r. Przy emocjach wywołanych kryzysem prognozowanie wyników wyborów za prawie dwa lata jest ryzykowne. Taka kalkulacja polityczna może okazać się zgubna.
Wspólna waluta wytycza również linię podziałów w Polsce. Być może spekulacja na złotym byłaby mniej intensywna, gdyby stanowisko w sprawie euro było bardziej jednoznaczne. Ale Platforma Obywatelska raz wyklucza referendum w sprawie przyjęcia wspólnej waluty (skądinąd słusznie), innym razem dopuszcza taką możliwość. Prezes NBP deklaruje, że nie jest przeciw euro, ale w raporcie o korzyściach i kosztach przyjęcia wspólnej waluty eksponuje koszty. Rząd zapewnia, że przekona sceptyków do wprowadzenia euro, ale w istocie oddaje pole i nie robi nic, by rozproszyć zrozumiałe skądinąd obawy związane z tą operacją. Zamiast tego woli wypominać, że mogliśmy być już w strefie euro, tylko poprzednicy zawalili sprawę. Pewnie zawalili, tyle że taka konstatacja w niczym nie ułatwia drogi do euro. Dość chaotyczne wypowiedzi różnych przedstawicieli władzy zwiększają jedynie stan niepewności, a ten jest najlepszą pożywką dla spekulantów.
Adam Sofuł