Szpitali będziemy bronić do upadłego

Adam Sofuł
opublikowano: 11-07-2008, 00:00

Głównym punktem niedawnej kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości był sprzeciw wobec prywatyzacji placówek służby zdrowia. Politycy tej partii najwyraźniej uważnie oglądali spoty, bo uwierzyli w nie bezgranicznie. I są efekty. Władze tej partii zdecydowały, że każdy członek tej partii, który przyłoży rękę do prywatyzacji szpitali, zostanie zawieszony w prawach członka partii. Groźba to czy obietnica?

W uchwale najmniej chodzi o sytuację szpitali. Podejrzana z gruntu jest prywatyzacja. Partia ta nie od dziś lansowała tezę, że prywatny właściciel to aspołeczny typ, który tylko patrzy, jak by społeczeństwo oszwabić. Próżno by szukać potwierdzenia tej tezy — np. po sprywatyzowaniu telekomunikacji w myśl tej filozofii na rozmowę telefoniczną stać by było jedynie nielicznych.

Usługi medyczne to specyficzna dziedzina rynku i większa niż w wielu innych dziedzinach kontrola państwa jest konieczna. Mimo to kwestia własności szpitali nie powinna być kluczowa. Chyba że, parafrazując hasło Henryka Goryszewskiego (czy ktoś jeszcze pamięta takiego wicepremiera), przyjąć założenie, że nieważne, czy szpitale będą bogate czy zadłużone. Ważne, żeby nie były prywatne.

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu