Adam Kalus: Sztab antykryzysowy ma powstrzymać upadek Elektrimu
WIDAĆ DNO: Jeżeli Elektrimowi i tym razem banki nie przyjdą z pomocą, to upadłość firmy jest tylko kwestią czasu — przewiduje Adam L. Kalus. fot. Borys Skrzyński
Prawie pół roku temu na łamach „PB” (nr 110 z 9 czerwca) zarzuciłem spółce giełdowej Elektrim, że zamiast uchwalać emisję obligacji zamiennych na akcje — jej zarząd powinien zwołać w trybie pilnym walne zgromadzenie akcjonariuszy celem podjęcia uchwały w sprawie dalszego istnienia spółki, zgodnie z art. 430 kodeksu handlowego.
SPOTKAŁEM SIĘ wówczas z gwałtowną reakcją zarówno zarządu Elektrimu, jak i KPWiG — że nie mam racji, że posługuję się nieprawdziwymi danymi oraz że kondycja spółki jest wyśmienita. Rzecznik prasowy Elektrimu pani Ewa Bojar zarzuciła mi oczernianie jej firmy oraz zagroziła procesem sądowym, jeżeli nie sprostuję krzywdzących — jej zdaniem — opinii o kondycji finansowej spółki. Z kolei KPWiG twierdziła, iż osiągnięta przez Elektrim w roku 1998 strata (ponad 300 mln zł) nie stanowi — w relacji do kapitałów — zagrożenia dla spółki w rozumieniu art. 430 kodeksu, a zatem nie może być podstawą nieudzielenia zgody na emisję obligacji. Do zagrażającego istnieniu spółki zadłużenia, wynoszącego na koniec 1998 r. aż 1,8 mld zł, polemiści w ogóle się nie odnieśli.
W ZŁEJ OCENIE flagowego okrętu warszawskiej giełdy byłem wówczas odosobniony. Milczeli analitycy, zaś akcje Elektrimu — jakby na przekór moim przepowiedniom — przez krótki okres zwyżkowały. Zarząd znowu zaczął reklamować spółkę w amerykańskim stylu, informując o jej wielkich planach i inwestycjach oraz spodziewanych zyskach z tych inwestycji. Nieuchronna odsłona mizerii firmy nastąpiła w momencie ujawnienia wyników za III kwartał tego roku. W ujęciu skonsolidowanym strata wyniosła blisko 0,5 mld zł, natomiast zobowiązania osiągnęły 7-8 mld zł. Większość zadłużenia przypada na waluty obce. Tym razem GPW zareagowała racjonalnie. Akcje Elektrimu zaczęły gwałtownie zniżkować i zatrzymały się na poziomie 26 zł. Obecnie, po uspokojeniu się złotego, ich kurs przekracza 32 zł, co jednak nie oznacza, iż kondycja spółki się poprawiła. Największą bowiem jej słabością — poza ogromnym zadłużeniem — jest utrata zdolności do generowania zysków. Systematycznie zmniejszają się również przychody z działalności podstawowej.
ZAMIAST rozwijać działalność operacyjną holdingu, zarząd Elektrimu uwikłał się w realizację rozległych planów, nie związanych z działalnością podstawową. Prezes Barbara Lundberg nadal przekonuje akcjonariuszy, że sytuacja znajduje się pod kontrolą i spółce nic nie zagraża. Jednak na wszelki wypadek powołano 4 listopada sztab antykryzysowy — oficjalnie z racji PR 2000, ale wtajemniczeni twierdzą, iż z powodu ogólnie złej sytuacji. I słusznie, gdyż widmo bankructwa jest już blisko! Do końca roku 1999 trzeba zapłacić około 600 mln zł samych zobowiązań krótkookresowych, a dochodzą jeszcze kredyty długoterminowe i zobowiązania inwestycyjne. Łączna ich kwota sięga 7-8 mld zł, to oznacza, że na 1 zł majątku przypada aż 10 zł zobowiązań. Poza tym istnieją jeszcze inne problemy i uwikłania, o których zarząd zbyt chętnie mediów nie informuje.
WSZYSTKO TO RAZEM oznacza, że jeżeli Elektrimowi i tym razem banki nie przyjdą z pomocą, to upadłość firmy jest tylko kwestią czasu. Powtórzy się zatem casus Universalu. Po raz kolejny podważy to wiarygodność rynku papierów wartościowych. Moim zdaniem, jest jeszcze czas, aby KPWiG przyjrzała się kondycji Elektrimu w aspekcie przestrzegania wspomnianego art. 430 kodeksu handlowego i oby nie stało się to za późno.
Adam L. Kalus jest prezesem Elmech-Baupol Polska, właścicielem Kancelarii Prawniczej Kalus & Kalus