Sztukmistrz z Dobrodzienia

Jacek Konikowski
opublikowano: 23-02-2007, 00:00

Kim jest? Poetą i malarzem, który oczyma wyobraźni kreśli nowe kształty. Rzeźbiarzem, który nadaje im realne formy. I rzemieślnikiem, który cyzeluje drobiazgi i detale. Tak tworzy meble Piotr Kler.

Miasteczko małe, w nim ulic parę. Na każdej po kilka szyldów: meble. Ich liczba obcego zaskakuje, bo jakby nic innego tu nie robiono. Jedni składają je do kupy, inni sprzedają, a wszystko jakby kręci się wokół jednego. Od pokoleń. Ale czemu tu właśnie i dlaczego meble, a nie choćby krasnale ogrodowe? Któż to wie, po prostu tradycja. Mocne korzenie.

— Pobliskie Koziegłowy słyną ze sztucznych choinek, a Dobrodzień z mebli. Tapicerowanych. I tak jest od zawsze. Niech pan nie pyta dlaczego, bo się zasępię — tłumaczy wczesnym rankiem jegomość w minibarze przy rynku. Kierowca meblowozu.

To już nie pytam nawet, dlaczego prezydenci różnych nacji właśnie tu kupują dla siebie meble. A nie w Paryżu czy Mediolanie.

Kwaśny majster

Piotr Kler jest tapicerem. Po prostu. Jednym z setki innych rzemieślników w Dobrodzieniu. No, może jedynym, który jeździ BMW. Ale kiedyś jeździł rowerem. Mając 13 lat, trafił do tego miasteczka. Było ich trzech i matka. Życie skromne, ledwo starczało na chleb i mleko. Gdyby nie wujek, pewnie trafiliby do domu dziecka. Ale wujek wynalazł mu pracę w warsztacie Antoniego Aptyki, starego tapicera pamiętającego czasy przedwojenne. Sławny był nawet w Warszawie. Dzień pracy trwał 10-12 godzin...

— Bez zazdrości patrzyłem na kolegów grających w piłkę za oknem warsztatu. Warsztat był moim boiskiem, tu czułem się dobrze. Lubiłem tu pracować, może też i dlatego, że nic nie miałem oprócz dziesięciu palców i pracy, którą kochałem — mówi po latach Piotr Kler.

Majster miał wiecznie skwaszoną minę, wiecznie, niezadowolony, nigdy nie było dobrze, bo zawsze można było coś zrobić lepiej. Czeladnikować u takiego majstra to nie wakacje, lecz sroga nauka. Ale przydatna. Dzisiaj Kler jest taki sam: krytyczny, wymagający. Ma dystans do tego co robi, mimo to ciągle zadaje sobie pytanie: czy na pewno nie mogłoby być lepiej?

— Mistrz Aptyka nauczył mnie fachu, ale też wpoił dbałość o jakość, o szczegóły, cyzelowanie detali — czasem może nawet nie zauważalnych. Stara szkoła — wspomina Kler.

Podstawówka, zawodówka, technikum. Stolarstwo, tapicerstwo. Lata przeleciały jak z bicza strzelił. Może za szybko, bo czasu na młodzieńcze harce zabrakło.

Sromota w garażu

Nauka u majstra nie poszła w las, za to czeladnik — na swoje. Sromota w garażu. On sam i milion problemów. Dzisiaj w samej tylko prototypowni Klera nad nowymi kanapami głowi się 30 osób, fachowcy — od projektantów po technologów. Wtedy jednak on sam był prototypownią. Ale coś z tego pozostało, bo mimo lat Piotr Kler nadal sam wymyśla wzory, podpatruje, wyszukuje, tworzy. Jak inni. Bo Kler nie trzyma się zasady — zatrudniłem mądrych ludzi, oczekuję od nich mądrych rzeczy.

— Ufam ludziom, ich mądrości i pomysłowości. Praca zespołowa daje najlepsze efekty. Nadal jednak angażuję się w powstawanie każdego mebla, ponieważ utożsamiam się z tym, co robię — mówi Kler.

Ale przed trzydziestu laty, w małym warsztacie sam sobie był szefem, pracownikiem i designerem. Pierwszy mebel — Leniwiec, z wysokim oparciem, wygodny. Trudno o lepszą nazwę dla zestawu wypoczynkowego. Sam ją wymyślił. Pomysł trafiony, bo wtedy wszyscy stukali wersalki. Designem nikt sobie głowy nie zawracał, bo rynek chłonął wszystko — nawet największą tandetę. Kler poszedł pod wiatr. Nie dość, że robił całe komplety, to jeszcze wzory sam opracował. Dopracowywał każdy element. Do przesady. Aż raz nawet PiH się zdziwił i skontrolował, dlaczego klienci czekają na meble od Klera aż… trzy lata! Ponoć sam naczelnik chciał kupić zestaw, tak od ręki, a tu czekać musiał. A ludziom widać podobały się Leniwce, skoro czekali.

Krok po kroku, firma rosła. W radosnych czasach octu w sklepach, gdy sąsiedzi narzekali, że rozwijać się nie da, Kler zatrudniał już sześciu ludzi. Zgroza.

— Znajomi przychodzili i pytali, czy się nie boję tylu pracowników zatrudniać, bo u nich 2-3 i zaraz fiskus domiarami sypał. Mi nie sypnęli, ale kontrolę PIH przeżyłem. Nie bolało. W ogóle miałem szczęście, bo większych wpadek nie zaliczyłem — wspomina Piotr Kler.

Gdy jednak nadeszły czasy ministra Mieczysława Wilczka, który zapalił zielone światło dla rzemiosła (1988 rok), było łatwiej, choć ustrój wciąż ten sam pozostał. Kto pamięta tamte czasy, ten wie: w sklepach pustki, na ulicach marazm, zniechęcenie, pracować się nie chce, bo i tak na nic nie starcza. Żadnej przyszłości. Kto mógł, ten wyjechał pracować do Niemiec.

— Kiedyś pojechałem do znajomych w Nowym Targu. I oczy ze zdziwienia otworzyłem, bo zobaczyłem zupełnie inny świat. Ludzie budowali, inwestowali. Wszędzie wokół zapał i nadzieja. To był zapłon. Wróciłem i z miejsca zacząłem budowę nowego zakładu. Pod wiatr, bo inni w tym czasie emigrowali na Zachód — wspomina Kler.

A jego, młodego chłopaka, nie korciło?

— Korciło, ale myślałem sobie, że to musi się w końcu zmienić, bo ile można wytrzymać? W końcu coś musi pęknąć. Jasne, nie sądziłem, że ustrój padnie, bo kto wtedy myślał, że uda się przewrócić Związek Radziecki — przyznaje Kler.

A jednak się przewrócił... A Kler zaczął marsz do przodu. Forsowny dosyć. Produkcja rosła rokrocznie o 50 procent, wszystko na pniu szło, mimo że niemal z dnia na dzień ceny podskoczyły dziesięciokrotnie. Ludzie na bułki nie mieli, ale do Klera kolejka klientów stała.

— Ludzie się dziwili, kto u nas te meble kupuje i jeszcze chce czekać, kto ma takie pieniądze! Rzemieślnicy mieli. Tam, gdzie są biedni, zawsze są i bogaci — podkreśla Kler.

Skoro wszyscy w Dobrodzieniu robili to samo, to dlaczego dzisiaj Kler ma cztery zakłady, a inni wciąż jeden warsztat?

— To jak w sporcie. Każdy może piłkę kopać, jeden w pierwszej lidze, inny w drugiej, trzeci w superlidze. Jedni robili tanio i dużo, inni drożej i mniej, ja postawiłem od początku na jakość. Robiłem mało — za to najlepiej i wcale nie tanio — zauważa Kler.

Salon na Syberii

Kiedyś Kler pojechał do Warszawy. I oczy przecierał ze zdziwienia. Nie na widok Pałacu Kultury i Nauki. Wielki sklep meblowy — a w nim meble. Jego meble. Cztery razy droższe. A do każdego przywieszona kartka: produkt niemiecki.

— To mi dało do myślenia. Czasy były takie, że sprzedać było łatwo, gorzej z odzyskaniem pieniędzy. Więc pomyślałem, czemu nie otworzyć własnego sklepu? — mówi Kler.

I otworzył. W Warszawie przy Tamce, w Złotej Kaczce.

— Wydzierżawiłem skromne 50 metrów, ustawiłem kanapy i... sprzedawałem jedna za drugą. I tak się zaczęło, powstawały kolejne sklepy. Z czasem cała sieć. I choć wtedy to była konieczność, dzisiaj uważam to za strzał w dziesiątkę — zapewnia Kler.

Dzisiaj ma 35 sklepów, liczących od 500 do 1500 metrów, w Polsce i w Czechach. Do tego punkty franczyzowe — od Litwy po Londyn, Paryż, Tokio, Nowy Jork.

— Kiedyś przyjechał do mnie Litwin. Koniecznie chciał kupić zestaw wypoczynkowy. Miał więcej chęci niż pieniędzy. Starczyło mu raptem na jeden fotel. Zapakował go więc na samochód, ale po tygodniu wrócił z pieniędzmi na zestaw. Po dwóch znowu przyjechał, tym razem wziął już trzy. Dzisiaj jest naszym przedstawicielem na Litwie, ma sieć sklepów. Polubiłem go, bo zaczynał tak samo jak ja — od zera — wspomina Kler.

Najlepiej interes idzie w Rosji. W Moskwie meble Klera są droższe niż w Polsce. I w Krasnojarsku. Bo, gdyby ktoś przypadkiem trafił na Syberię, to znajdzie tam kilka sklepów Klera. Nawet w Irkucku. Kler śmieje się, że gdy tam słońce wschodzi, to w Dobrodzieniu zachodzi.

Wizja krótkodystansowca

Biznes jest jak sport, cały czas trzeba być aktywnym, trenować, by nie stracić formy — to jedna ze złotych myśli Piotra Klera. Dlatego u niego nigdy nic nie jest zakończone ostatecznie. Zawsze coś się zaczyna, trwa... i nigdy końca nie widać. Rynek jest trudny, trzeba szukać, wymyślać, eksperymentować…

— I nigdy nie jest wystarczająco dobrze — dodaje Kler.

Więc gdyby zapytać go — jak jest, co odpowie?

— Że jest dobrze — śmieje się Kler, ale zaraz dodaje:

— Ale dobrze nie oznacza, że najlepiej, to jedynie taki „mobilizator” do dalszego wysiłku. Nigdy nie zobaczy mnie pan siedzącego za biurkiem. Ja po prostu tak nie potrafię.

Piotr Kler jest nietypowym przedsiębiorcą. Nie planuje na wyrost. Gdzie będzie za dziesięć lat? Pojęcia nie ma. Gdy go zapytać o plany, opowie o tych najbliższych, 2-3 lata.

— To rynek decyduje, gdzie będziemy za te 10 lat — nie my. Trzeba być zwrotnym, umieć odwrócić się na pięcie i maszerować w tym kierunku, jaki wyznacza popyt. Ten, kto stworzy sobie wizję przyszłości i pójdzie za nią ufny w swoje przekonania, może się rozminąć z rzeczywistością. Trendy, mody, technologie — tych nie da się przewidzieć, pojawiają się nagle, więc trzeba je śledzić i podążać za nimi — twierdzi Kler.

Poezja wersalki

Tworzenie mebli jest niczym malowanie obrazu lub pisanie poezji. Tym, czym w wierszu są rymy, strofy czy sylaby, tym w meblu — proporcje, linie, kształty. Wiersz czasem trudno zrozumieć, mebel również.

— Potrafię przyglądać się meblowi, gdzieś na targach, i długo zastanawiać, co jego projektant chciał pokazać. Niekiedy trudno mi nawet ocenić jego funkcjonalność, czy służy do siedzenia czy oglądania. Ale nagle dostrzegam w nim jakąś koncepcję, linię. I to jest to. Wie pan, co jest najtrudniejsze? Wymyślić rzecz banalnie prostą, a zarazem funkcjonalną i estetyczną. Prostota jest najtrudniejszą sztuką, nie tylko w malarstwie, rzeźbie, poezji czy choćby w życiu — mówi Piotr Kler.

Przechadzamy się wśród mebli Klera. Na dole biurowca, przeciętnej urody, urządzono ich ekspozycję. Zaskoczenie. I skojarzenie z Muzeum Guggenheima. Różnorodna formą wielorakość przedmiotów awangardowych, ale też trącących myszką. Wiele przyciąga wzrok. Choćby krwistoczerwony, skórzany fotel z oparciem wygiętym w pałąk, niczym samochodowy zagłówek. W istocie, siedząc w nim, można się poczuć jak kierowca ferrari. Śmiała koncepcja. Ten zagłówek, trochę niewygodny, ale jakże awangardowy...

— Model A220. Podrabiany przez Chińczyków. Zresztą, niejedyny z naszej oferty — przyznaje Kler.

To kanapy też się podrabia? Piotr Kler uśmiecha się wyrozumiale.

— Jak dobre, to dlaczego nie? Wiemy nie tylko o Chińczykach. Nasze meble podrabiane są też na Litwie, Ukrainie i w Stanach Zjednoczonych. Kopiowane są wzory. Reszty się nie da. W tym cały urok, że chcą podrabiać. Bo to przywilej najlepszych. Widać mamy coś do powiedzenia w światowym wzornictwie — tłumaczy Kler.

Finezja detalu. Kler mówi o tym często. W jego ustach brzmi to jak mantra. Postanawiam sprawdzić. Przyglądam się bliżej białej kanapie (model B100) o klasycznej formie, za to z fantazyjnie zawiniętymi bokami. Ręczna robota. Precyzyjna. Dokładna.

Kilka kroków dalej, czerń skóry i proste, kanciaste kształty, walcowate zagłówki. Wyczuwa się rzeźbiarskie poczucie bryły, kubiczną formę, ekspresję.

— Zestaw C140. Wyjątkowy z kilku względów. Wystarczy nacisnąć przycisk w oparciu, a siedzisko wysuwa się do przodu razem z oparciem. To nasze autorskie rozwiązanie, jedyne na świecie. 12 takich foteli i dwie kanapy kupił niedawno do swojego kina domowego prezydent Putin. Jeden komplet w kolorze białym, drugi — nie pamiętam już w jakim. Meble na specjalne życzenie prezydenta zostały wyposażone w wysuwane półeczki na napoje oraz lampki — tłumaczy Kler.

Nie pamięta, w jakim kolorze sprzedał mebel prezydentowi Rosji. A przynajmniej po promocyjnej cenie?

— Nawet drożej niż w Polsce, bo transakcja odbyła się w naszym moskiewskim sklepie — w nim zaś ceny są wyższe. Nie wiem, jak do nas trafił, bo nasza placówka jest na uboczu. Zresztą, już raz od nas kupił jeden zestaw, bardzo awangardowy — C180. A swoją drogą, to niejedyny prezydent, który ma u siebie nasze meble. Kiedyś w trakcie oglądania transmisji z Kijowa zauważyłem, że prezydent Ukrainy rozmawiał z prezydentem Kwaśniewskim, siedząc w naszym fotelu z drewnianymi głowami konia w oparciach. Takich oprócz nas nikt nie robi — chyba że ktoś podrabia nasz wzór — dodaje właściciel firmy.

Rozmawiamy o produkcji. Znowu nietypowo. Bo okazuje się, że tapicernia jest jak zakład krawiecki. Nie ma taśmy, nie ma serii. Meble robi się na miarę, jak garnitur, krótsze lub dłuższe, w dowolnym kolorze, czasem kolory się łączy, bo tak akurat chce klient.

Oglądamy jeszcze kilka innych mebli zaskakujących formą, rozwiązaniami technicznymi i funkcjonalnością. Żaden nie jest kopią poprzedniego, jego kolejną wersją. Uderza świeżość pomysłów, nowatorstwo. Jak w atelier malarza, którego każdy obraz jest odzwierciedleniem innej wizji, snu czy marzenia. Kler każdy mebel sygnuje swoim nazwiskiem. Jak malarz obraz — dumny ze swojego dzieła.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu