W najbliższą niedzielę Szwajcarzy zadecydują w referendum, czy rozszerzyć porozumienie z Unią Europejską o otwarciu ich rynku pracy na obywateli z nowych krajów członkowskich UE.
Choć w sondażach przewagę mają zwolennicy "tak", wynik referendum nie jest przesądzony. Ewentualne zwycięstwo "nie" - zdaniem obserwatorów - grozi poważnym kryzysem w stosunkach Unia-Szwajcaria. Alpejski kraj, niegdyś pilnie strzegący swojej suwerenności, w ostatnich latach coraz bardziej otwiera się na Unię Europejską. Służy temu wiele zawartych z Brukselą porozumień, które ułatwiają życie obu stronom i przyczyniają do coraz ściślejszej współpracy, np. w dziedzinie transportu, handlu, badań czy edukacji.
UE, która otacza Szwajcarię ze wszystkich stron, stała się głównym politycznym, kulturalnym i gospodarczym partnerem tego kraju. Tam idzie 60 proc. szwajcarskiego eksportu; stamtąd pochodzi 80 proc. importu. Dla Unii Szwajcaria jest drugim po Stanach Zjednoczonych partnerem handlowym.
Najróżniejsze porozumienia zawarte przed rozszerzeniem Unii 1 maja 2004 roku zostały automatycznie rozciągnięte na dziesiątkę nowych krajów członkowskich. Referendum dotyczy tylko układu w sprawie najbardziej drażliwej - swobodnego przepływu osób, czyli dostępu do rynku pracy (wszedł w życie w 2002 roku).
Larum na prawicy i lewicy podnieśli ci, którzy pracujących obecnie w Genewie Francuzów oskarżają o dumping socjalny - ze względu na różnice podatkowe szwajcarskim pracodawcom niejednokrotnie bardziej opłaca się zatrudnić mieszkającego tuż za granicą Francuza niż rodaka.
"Polski hydraulik" ponownie wkroczył na scenę i - jak we Francji podczas referendum w sprawie unijnej konstytucji - stał się ucieleśnieniem wszelkich zagrożeń ze strony Unii Europejskiej. Populistyczni politycy wołali, że jeśli teraz taniej jest zatrudnić Francuza, to tym bardziej będzie się opłacało sięgnąć po siłę roboczą z Polski albo Węgier.
Rząd i szereg organizacji pracodawców, a także związkowcy, powtarzali, że zagrożenia nie ma, bowiem są przewidziane limity dla pracowników z nowych krajów członkowskich (ok. trzech tysięcy), a te obecnie istniejące, dla nowych i starych krajów UE, i tak nie są wykorzystywane. Poza tym porozumienie otwiera dla Szwajcarów nowe wschodnie rynki, na których nie są jeszcze szeroko obecni, a rodzimy rynek pracy ma być chroniony poprzez wzmocnione kontrole.
Szacuje się, że w Szwajcarii pracuje około miliona obywateli UE, z czego 830 tys. mieszka tam na stałe, a reszta dojeżdża z sąsiednich krajów.
Na dwa dni przed głosowaniem nie wiadomo, jaki będzie wynik. W sondażach 50 proc. mają zwolennicy "tak", 38 proc. zwolennicy "nie". Rezultat zależy zatem od 12 proc. niezdecydowanych. Jeśli przewagę zdobędą zwolennicy "nie", pod znakiem zapytania może stanąć wiele porozumień z Brukselą. Na razie nie wypowiada się ona oficjalnie na ten temat, ale obserwatorzy nie mają wątpliwości, że nie zgodzi się na dyskryminowanie nowych krajów.
Komentatorzy w Brukseli uważają, że unijnych urzędników powoli zaczyna irytować, że Szwajcarzy wybierają z oferowanej im współpracy tylko to, co im odpowiada, unikając zobowiązań. W razie zwycięstwa "nie" sytuacja polityczna stanie się bardzo napięta - ostrzegają. Unia Europejska może wycofać się wówczas z porozumienia o wolnym przepływie osób i całej reszty porozumień, korzystnych dla Szwajcarii. To może zaszkodzić nie tylko UE, ale i szwajcarskiej gospodarce, która już teraz boryka się z kryzysem - według prognoz tegoroczny wzrost PKB nie przekroczy 1 proc.
Na piątkowym briefingu rzeczniczka Komisji Europejskiej powiedziała, że liczy na pomyślny wynik referendum, ale więcej komentarzy - zwłaszcza w sprawie ewentualnego zwycięstwa "nie" - nie udzieli.