Jeszcze w tym miesiącu bank centralny może wkroczyć na rynek walut
Mocna waluta postawiła Helwetów pod ścianą, oddech rynków na plecach czują też Francuzi. Polska na razie jest bezpieczna.
Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) po raz drugi w tym miesiącu ruszył do walki z umacnianiem franka. Postanowił wczoraj wpompować w sektor bankowy kolejne 40 mld CHF, zwiększając wartość programu pożyczek pod zastaw obligacji z 80 mld do 120 mld CHF. Chce też zasilić banki w płynność, uruchamiając tzw. swapy, czyli operacje wymiany walut, niewykorzystywane od jesieni 2008 r.
— Chodzi o to, żeby podaż franków na rynku była jak największa. To w naturalny sposób osłabia szwajcarską walutę — tłumaczy Marek Rogalski, analityk DM BOŚ.
Koniec gadania
Na razie SNB nie zdecydował się na klasyczne interwencje na rynku walutowym, czyli po prostu sprzedawanie franka i kupowanie walut. Zagroził jednak spekulantom, że w każdej chwili może to zrobić.
"Potężne przewartościowanie waluty zagraża rozwojowi gospodarki i wzmacnia ryzyko związane ze stabilnością cen. Jeżeli będzie to konieczne, SNB wykorzysta dodatkowe narzędzia do przeciwdziałania sile franka" — oświadczył bank w specjalnym komunikacie.
Podobne groźby ostatnio już się zdarzały, ale wówczas nie były traktowane poważnie. Tym razem reakcja rynków też była umiarkowana. W pierwszych minutach frank wyraźnie spadł (z 3,97 do 3,91 zł), ale w kolejnych godzinach wrócił do dawnych poziomów — wczoraj po południu frank znowu kosztował 4,02 zł.
— Rynki mówią Szwajcarom "sprawdzam". Już same zapowiedzi interwencji nie wystarczają, rynki czekają teraz na konkretne działania — mówi Marek Rogalski.
Gotowi do bójki
Dlatego od wczoraj prawdopodobieństwo, że SNB faktycznie wejdzie na rynek, znacznie wzrosło. Jeszcze dwa dni temu niewielu analityków czy dilerów walutowych spodziewało się interwencji. Sonda przeprowadzona przez Bloomberga pokazuje, że dziś taka opinia jest bardzo popularna.
— Frank jest już tak przewartościowany, że o ile SNB wykaże determinację, może osiągnąć sukces — mówi Daniel Kalt, ekonomista banku UBS.
Według Alexandra Kocha, ekonomisty UniCredit Group, prawdopodobieństwo, że interwencja nastąpi w sierpniu, wynosi 70 proc.
— Ostrzeżenia SNB zyskały na wiarygodności — twierdzi analityk.
Szwajcarzy już w 2010 r. wielokrotnie starali się powstrzymać umocnienie franka, ale polegli — pęd inwestorów okazał się tak silny, że bank centralny nie był w stanie go powstrzymać, a interwencje były dla Szwajcarii kosztowne. SNB w 2010 r. zanotował 21 mld CHF straty, co uszczupliło dochody samorządów. Wtedy jednak kurs EUR/CHF wynosił 1,3-1,4, teraz euro jest tylko o 3- -5 centów droższe niż frank.
— Szwajcarzy znaleźli się między młotem a kowadłem — mocny frank zagraża gospodarce, ale interwencje są kosztowne. SNB może jednak nie mieć wyjścia — mówi David Marmet, ekonomista Zuercher Kantonalbank.
Ucieczka do przodu
Nerwowo cały czas jest też w strefie euro. Tym razem na celowniku rynków znalazła się Francja. Inwestorzy coraz częściej spekulują, że agencje ratingowe obniżą jej ocenę wiarygodności. Francuskie obligacje są bowiem oprocentowane najwyżej spośród krajów UE z ratingiem AAA (wczoraj rentowności "dziesięciolatek" wynosiły 3,13 proc.). Przez pół roku różnica między oprocentowaniem francuskich i niemieckich papierów się potroiła.
Plotki o obniżce ratingu sprawiły, że prezydent Nicolas Sarkozy przerwał urlop i zwołał radę gabinetową. Ogłosił, że 24 sierpnia przedstawią uaktualniony, ambitny program redukcji deficytu.
"Francja jest zdecydowana zrealizować wyznaczone cele. Podejmiemy niezbędne kroki, niezależnie od warunków zewnętrznych" — oświadczyli przywódcy Francji.
Z daleka od kryzysu nadal trzyma się natomiast Polska. Na wczorajszym przetargu obligacji znowu chętnych było wielu. Ministerstwo Finansów sprzedało "dwulatki" za 2,2 mld zł, choć inwestorzy zadeklarowali chęć zakupu papierów za 3,8 mld zł. Resort poszedł za ciosem i zorganizował aukcję uzupełniającą, za dodatkowe 0,6 mld zł. Oprocentowanie wyniosło 5,26 proc., wobec 5,61 proc. na poprzednim, majowym przetargu.
— Polska nie ma żadnych problemów z wiarygodnością — podkreślał po aukcji premier Donald Tusk.
200 mld CHF
Przynamniej taką kwotę musi mieć w gotowości Szwajcarski Bank Narodowy, aby interwencje okazały się skuteczne i trwale osłabiły franka — szacuje bank UBS. Nie oznacza to jednak, że bank straci całą tę kwotę. Dla SNB kosztem operacji będzie różnica między obecną wysoką wyceną (kiedy frank jest mocny), a docelowym, niższym poziomem.