Interwencja władz monetarnych pomogła tylko na kilka godzin
Bank Szwajcarii powiedział "dość" dalszemu wzrostowi notowań franka. Szanse na pełen sukces nie są duże.
Wczoraj rano kurs franka szwajcarskiego wzrósł do 3,74 zł i pobił kolejny w ostatnich dniach rekord. Po godzinie 9.00 na rynki dotarła informacja o zaskakującej decyzji Narodowego Banku Szwajcarii (SNB) o obniżeniu celu dla stawki trzymiesięcznego LIBOR "najbliżej zera, jak się tylko da". Jednocześnie w komunikacie podano, że bank odkupi z rynku wszystkie wyemitowane bony. Powód? Chęć zwiększenia podaży franka, by zahamować jego gwałtowne umocnienie, które w ocenie władz SNB ma bardzo negatywne skutki dla gospodarki szwajcarskiej i stabilności cen.
Rynki zareagowały natychmiast. Kurs EUR/CHF wzrósł z 1,08 do ponad 1,10, a notowania CHF/PLN spadły z 3,74 do 3,62 zł. Wydawało się, że interwencja powstrzyma na nieco dłużej wzrost notowań franka. Niestety, wczoraj po 16.00 kurs CHF/PLN znów był blisko 3,70 zł.
Walka się zaczyna
To nie koniec zmagań szwajcarskich władz monetarnych z rynkiem. Przedstawiciele SNB zapowiedzieli, że jeśli będzie to konieczne, podejmą kolejne działania przeciwko dalszemu umocnieniu franka. Może chodzić o tzw. fizyczną interwencję, czyli wymienianie franka na inne waluty.
Bank Szwajcarii interweniował już w podobny sposób przez niemal cały 2009 r., a także w I połowie 2010 r. Przez ten czas rezerwy walutowe SNB zwiększyły się czterokrotnie. Przynosiło to na początku krótkotrwały, zamierzony efekt, ale na dłuższą metę nie wystarczyło, by powstrzymać systematyczne umacnianie się franka. Dlatego z interwencji na rynku w końcu oficjalnie zrezygnowano. W 2010 r. księgowa strata SNB osiągnęła rekordowe 21 mld CHF, a wartość rezerw walutowych stopniała o 26 mld CHF. W I połowie 2011 r. strata wyniosła 10,8 mld CHF.
— Nie wykluczam jednak, że znów dojdzie do interwencji. To, że w 2009 i 2010 r. interwencje banku nie przyniosły skutku, nie znaczy wcale, że tym razem tak nie będzie. Szanse na zrealizowanie zamierzonego celu wzrosną, jeśli będzie to akcja skoordynowana, a Szwajcarzy otrzymają wsparcie od np. Banku Japonii czy amerykańskiego Fedu — uważa Marcin Turkiewicz, szef dilerów walutowych BRE Banku.
Właśnie te dwa ostatnie banki już od pewnego czasu utrzymują stopy procentowe blisko zera. Przedstawiciele Banku Japonii w tym tygodniu wyrazili zaniepokojenie umocnieniem jena i ewentualnymi negatywnymi konsekwencjami, jakie może to mieć dla gospodarki, dźwigającej się po marcowym trzęsieniu ziemi i tsunami. Yoshihiko Noda, minister finansów Japonii, powiedział wczoraj, że interwencje na rynku walutowym są konieczne i muszą przynieść możliwie najlepszy efekt.
Spekulanci są silni
Marcin Żółtaniecki, szef dilerów Raiffeisen Banku, wątpi jednak w skuteczność interwencji.
— Przewaga kapitału spekulacyjnego jest zbyt duża, by banki centralne mogły sobie z tym poradzić. Sygnał ze strony SNB jest jednak czytelny i wydaje mi się, że przynajmniej na część graczy o nastawieniu krótkoterminowym wylano kubeł zimnej wody. Nie spodziewam się, byśmy znów zobaczyli nowe rekordy, ponieważ zwiększyło się ryzyko, że inwestycja we franka stanie się nieopłacalna — uważa Marcin Żółtaniecki.
Według Sebastiana Wankego, ekonomisty frankfurckiego Dekabanku, efekt działania SNB będzie tymczasowy.
— Frank osłabnie dopiero wtedy, kiedy zmniejszy się niepewność na rynkach —twierdzi Sebastian Wanke.
Giełdy nurkują
Na to na razie się nie zanosi. Wczoraj indeksy giełd europejskich zanurkowały (WIG20 spadał o ponad 3 proc. i przełamał barierę 2600 pkt), a krótko po rozpoczęciu sesji na Wall Street tamtejsze indeksy też zeszły pod kreskę. Po porannym osłabieniu franka po południu kurs znów zaczął rosnąć. Inwestorzy zaczęli wracać do tzw. bezpiecznej przystani, za jaką uważana jest szwajcarska waluta, nawet mimo tego, że dane z amerykańskiego rynku pracy (wskaźnik ADP, informujący o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym) okazały się lepsze od prognoz.
Do tego, by zmniejszyć napięcia na rynku, wezwał wczoraj José Barroso, szef Komisji Europejskiej, który domaga się pilnego wdrożenia decyzji, uzgodnionych 21 lipca na szczycie przywódców państw i rządów strefy euro. To reakcja na gwałtowny spadek cen obligacji hiszpańskich i włoskich, których inwestorzy pozbywali się, uciekając jednocześnie w bezpieczne aktywa, czyli przede wszystkim we franka szwajcarskiego.
Bank centralny można pokonać
Najsłynniejszą porażką banku centralnego w starciu z kapitałem spekulacyjnym był atak, jaki znany i kontrowersyjny inwestor George Soros przypuścił we 1992 r. na funta brytyjskiego. Uznał, że waluta ta jest przewartościowana i opłaca się zagrać na jej spadek. W operację zaangażował równowartość 10 mld USD. Inwestor zaciągnął duże pożyczki w brytyjskiej walucie, a następnie wymienił je na markę niemiecką i franka francuskiego. Doprowadziło to do osłabienia funta, a Sorosowi przyniosło krociowe zyski (szacowane nawet na 2 mld USD) na różnicy między kursem funta w momencie zaciągania i oddawania pożyczek.
Bank Anglii próbował się bronić, m.in. skokowo podnosząc stopy procentowe. Nic to nie dało, więc ostatecznie bank został zmuszony do dewaluacji, czyli obniżenia wartości funta do innych walut oraz wycofania go z Europejskiego Mechanizmu Kursowego (ERM).
Sorosowi przypisywano później także przyczynienie się do azjatyckiego kryzysu, który wybuchł w 1997 r. Inwestor miał wówczas duże tzw. krótkie pozycje (czyli przynoszące zyski wtedy, kiedy waluta traci na wartości) w tajlandzkim bahcie. W 2003 r. razem z Warrenem Buffettem, innym znanym inwestorem, grali podobno przeciwko dolarowi.