Fakty są takie: pół miliona Polaków nie ma dostępu do naziemnej telewizji cyfrowej, a ponad milion nie może oglądać właściwej telewizji regionalnej. Tymczasem ministerstwo kultury deklaruje wprost — nowy abonament, czyli tzw. opłata audiowizualna, obejmie wszystkie gospodarstwa domowe.
![POWTÓRKA Z ROZRYWKI: Uważam, że powtórka z modelu brytyjskiego, czeskiego, francuskiego lub austriackiego doświetlania naziemnej telewizji cyfrowej poprzez satelitę miałaby w Polsce sens. Zarówno społeczny, jak i ekonomiczny — uważa Marcin Ornass-Kubacki, prezes Astra Central Eastern Europe. [FOT. WM] POWTÓRKA Z ROZRYWKI: Uważam, że powtórka z modelu brytyjskiego, czeskiego, francuskiego lub austriackiego doświetlania naziemnej telewizji cyfrowej poprzez satelitę miałaby w Polsce sens. Zarówno społeczny, jak i ekonomiczny — uważa Marcin Ornass-Kubacki, prezes Astra Central Eastern Europe. [FOT. WM]](http://images.pb.pl/filtered/e15a592b-62e7-4ce4-99aa-bf51351894f2/f78fd317-844f-509b-be48-c4866476e941_w_830.jpg)
— Po prostu dajemy możliwość korzystania z pewnej usługi i za to pobieramy opłatę — tłumaczył Bogdan Zdrojewski, były minister kultury.
I tu do akcji wkracza z miękkim lobbingiem wielki międzynarodowy biznes. SES Astra, operator satelitarny, proponuje doświetlanie satelitarne, by telewizja cyfrowa była dostępna dla wszystkich obłożonych opłatą audiowizualną. W tle jest pomysł na biznes, rozwijający się w kilku europejskich krajach.
Brytyjski wyłom
— Technicznie z naszej strony sprawa wygląda prosto. Wystarczy kilka tygodni, by doświetlanie satelitarne białych plam działało także w Polsce — mówi Marcin Ornass- -Kubacki, prezes Astra Central Eastern Europe.
Podaje przykład brytyjskiego Freesatu. To projekt, którego inicjatorami były BBC i prywatna stacja ITV. Na początku zajęli się pokryciem telewizyjnych białych plam. Freesat zaproponował Brytyjczykom kartę telewizyjną za około 20 GBP i tanie dekodery. Efekt? Dziś w użyciu są 2 mln kart, a Freesat oferuje m.in. płatne kanały na żądanie. Podobny model działa w wielu krajach UE.
Na razie jednak na powtórkę Freesatu nad Wisłą się nie zanosi. Uruchomieniem tego typu usługi nie są zainteresowani gracze telewizyjni. Zarówno Telewizja Polska, jak i Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji oraz Urząd Regulacji Elektronicznej dostrzegają problem, jednak nie deklarują chęci wykładania pieniędzy na doświetlanie telewizji cyfrowej. Argumentują, że obecny poziom dostępności DVB-T w Polsce jest wyższy niż ustawowe 95 proc. populacji kraju.
— Na papierze wszystko wygląda w porządku, ale wciąż wielu mieszkańców np. górskich miejscowości nie ma dostępu do cyfrowej telewizji naziemnej — podkreśla Grzegorz Niezgoda, burmistrz Szczawnicy.
Płatników brak
O jakich pieniądzach mowa? Według Astry, w zależności od liczby kanałów i ich jakości koszt przesyłu sygnału nie musi przekraczać milionowych kwot.
— Na rynku funkcjonuje mit, iż dystrybucja satelitarna jest bardzo kosztowna — zapewniam, że w ciągu ostatnich lat, wraz ze wzrostem konkurencji, tak jak np. przy telefonii komórkowej, ceny się zmieniły — mówi Marcin Ornass-Kubacki.
Kto miałby wyłożyć ekstramiliony? Najpewniej właściciele kanałów telewizyjnych. Dlaczego tego nie robią? Prywatni nadawcy nie zamierzają sami sobie szkodzić.
— Nie zapominajmy, że dwaj wielcy gracze telewizyjni są też operatorami platform cyfrowych, z których zapewne korzystają także niemający dostępu do telewizji naziemnej. A Telewizja Polska? Tu w grę wchodzi rozważenie, czy opłaca się jej zwiększać zasięg w tej akurat grupie odbiorców — tłumaczy Marcin Boroszko, prezes Atmedia Group.
Odbiorcy poza siecią naziemnej telewizji cyfrowej mieszkają na terenach wiejskich, mają niższe średnie dochody i nie są atrakcyjnym targetem dla reklamodawców. Zresztą nawet gdyby TVP wyszła przed szereg i doświetliła Polskę programami z satelity, efekt takich działań mógłby pozostać niewidoczny w badaniach oglądalności. Według informacji „PB”, w panelu badawczym Nielsen Audience Measurement gospodarstwa domowe spoza zasięgu DVB-T są niedoszacowane. Zwiększenie próby Nielsena oznaczałoby zaś zwiększenie kosztów badania, a na razie na ich pokrycie nie ma chętnych.