To fakt, zaczyna się letnie ograniczenie aktywności. Jednak nie można wykluczyć, że jeśli nastąpi uspokojenie w światowej polityce, to wzrosty, i to poważne, mogą nastąpić.
Z Ameryki
To był krótki tydzień dla giełd amerykańskich. Z fatalnym początkiem. Inwestorzy amerykańscy uciekają z rynku pod byle pretekstem, a stan ich nerwów jest gorszy, niż się spodziewałem. Po dużych spadkach w zeszłym tygodniu, po weekendzie, w czasie którego, mimo ostrzeżeń, nic się nie wydarzyło, wydawało się, że przynajmniej wtorek będzie dobrym dniem. Nie był i to wcale nie dlatego, że rynek dostał jakieś tragiczne dane makro czy bardzo złe informacje ze spółek.
Oczywiście ważną rolę odegrało ciągle rosnące napięcie między Indiami a Pakistanem. O tym pisałem już kilka tygodni temu i niewiele da się dodać oprócz tego, że gdyby konflikt został zażegnany, mielibyśmy przynajmniej jeden dzień wzrostu indeksów – na razie na to się jednak nie zanosi.
Na rynku nie było nawet olbrzymiej podaży – wolumen był więcej niż skromny. Typowy strajk kupujących. To pokazuje, że rynek chce wyraźnie coś powiedzieć inwestorom, ekonomistom i analitykom. Według mnie to, że kapitały uciekają z USA (złoto znowu do góry, a dolar w dół) i że będzie drugi, bardziej poważny atak recesji. Nie zmienia tego w niczym piątkowa poprawa notowań dolara.
Warto również zauważyć stopniowy spadek zaufania inwestorów ze Świata Północy do amerykańskiego przywództwa. „Enronitis”, kreatywna księgowość w firmach i budżecie federalnym, wprowadzenie taryf celnych na stal, nieczytelna polityka zagraniczna, brak prezydenta, który mógłby być autorytetem i prawdziwym przywódcą świata (George W. Bush jest niewątpliwie przykładem, jak to gorszy pieniądz wypiera lepszy) – to wszystko powoli, ale skutecznie zniechęca kapitał zagraniczny, bez którego USA po prostu nie da sobie rady.
Fed i rząd amerykański wpompowały niezwykle dużo pieniędzy w gospodarkę, stopy są na poziomie 40-letniego minimum, a wyraźnych skutków jakoś za bardzo nie widać. Gospodarka reaguje, ale nie tak jak powinna. Rządowy raport pokazuje, że w pierwszym kwartale zyski po opodatkowaniu wzrosły (po raz pierwszy od trzeciego kwartału 2000 r.), ale jedynie o 0,9 proc., co jest wartością dużo gorszą od prognozowanej i niewspółmierną do zastosowanych środków.
Po prostu wychodzą na jaw koszty przegrzania koniunktury i oparcia całej gospodarki na fałszywym, płynnym fundamencie: na efekcie bogactwa, który z kolei opiera się na wartości akcji i na wycenach nieruchomości oraz na łatwości otrzymanie kredytu (ujemna stopa oszczędności). Podcięcie tych filarów zawaliłoby cały system. I to wcześniej czy później nastąpić musi.
Przy okazji mały cytat: „Po pierwsze, ten rząd wierzy, że można rozwiązać poważne problemy gospodarcze po prostu dodrukowując pieniądze. (...) Może i czas na niższe stopy procentowe, ale sposobem na wyższy wzrost gospodarczy i spadek bezrobocia nie jest poluzowanie polityki monetarnej.” Kto tak bezlitośnie krytykuje Alana Greenspana i administrację amerykańską? „Wall Street Journal Europe”. Ale nie Alana Greenspana, a Leszka Millera. Ciekawy i pouczający przykład stosowania podwójnych standardów.
W nadchodzącym tygodniu najważniejsze będą dane piątkowe o stopie bezrobocia i zatrudnieniu w sektorze nierolniczym. Jednak indeksy aktywności gospodarczej w sferze produkcyjnej i usługach też powinny nadawać kierunek indeksom.
W obrazie technicznym bardzo ciekawa sytuacja. DJIA przetestował wsparcie na 9800 pkt. i odbił. Mamy teraz trzy równoprawne możliwości. Indeks może wejść po prostu w trend horyzontalny do 10350 pkt. Może pokonać 10350 pkt. i wtedy wzrośnie przynajmniej do 10900 pkt. (podwójne dno). Może też jednak przełamać 9800 pkt. i wtedy wątpliwe, żeby zatrzymał się na pierwszym wsparciu przy 9600 pkt. – raczej popędzi ku 9000 pkt. Indeks S&P 500 wygląda identycznie – tutaj krytyczne poziomy to 1050 pkt. i 1105 pkt. Także Nasdaq rysuje podobny układ, a poziomy to 1590 pkt. i 1730 pkt.
Podobno bardzo dużo pieniędzy czeka na okazję, żeby wejść w rynek. Wymienia się astronomiczne kwoty – na przykład 2000 mld USD. Na co czeka ten kapitał? Podobno na poprawę wyników. Jeśli tak jest, to co prawda wyniki znacznie się nie poprawią, ale do rynku trzeba podchodzić z dużym respektem. Fakt, zaczyna się letnie ograniczenie aktywności. Ale nie można wykluczyć, że jeśli nastąpi uspokojenie na świecie, to wzrosty, i to poważne, mogą nastąpić. W tym tygodniu dane makro i sytuacja geopolityczna będą nadawały kierunek indeksom. Z wymienionych trzech wariantów najbardziej prawdopodobne wydaje mi się tworzenie trendu horyzontalnego.
Z Polski
Krótki tydzień mógł mimo wszystkim być przełomem na GPW. Ale nie był. Za to do końca udowodnił, że nie ma znacznego, spekulacyjnego kapitału zagranicznego na polskim rynku. Gdyby był, wykorzystałby pauzę w działaniu rynków amerykańskich w USA w poniedziałek, tak jak zrobiły to rynki europejskie, i doprowadziłby do wzrostu w piątek. Jeśli eksplozja popytu dwa tygodnie temu była pomyłką, to wystarczyło tylko trochę rynek podgrzać, wybić z flagi, żeby dużą część akcji sprzedać z zyskiem. Nie zrobiono tego. Wniosek jest prosty: brak kapitału. Nasze OFE nie dostają tyle pieniędzy, ile powinny, i nie mają sił na nic więcej niż podtrzymywanie rynku.
Jedynym wydarzeniem tygodnia było posiedzenie RPP. Przy okazji dużo powiedział prezes NBP Leszek Balcerowicz. Muszę stwierdzić, że po raz pierwszy od dłuższego czasu, częściowo się z nim zgadzam. Nie zmienia to w niczym mojego poglądu o błędach popełnianych przez RPP, czy przez samego profesora Balcerowicza, wtedy, kiedy był przewodniczącym Unii Wolności i ministrem finansów. Chodzi mi oczywiście o cztery kosztowne, wprowadzone równocześnie reformy, i nagminne upychanie wydatków budżetu po kątach tak, żeby ich nie trzeba było oficjalnie wykazywać. To spowodowało duże kłopoty z deficytem. Wydaje się, że zarówno sam prezes, jak i media, zupełnie zapomniały o genezie problemów budżetu, zarzucając obecnemu rządowi, że emituje duże ilości obligacji i zaciąga kolejne długi.
Leszek Balcerowicz stwierdził, że dane o deficycie obrotów bieżących pokazują pierwsze oznaki ożywienia. Deficyt w kwietniu był co prawda większy od prognoz, ale wymowa danych była optymistyczna. Po dwóch miesiącach spadku, wzrósł, i to przyzwoicie, eksport i import. Co prawda jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale wzrost importu może sugerować ożywienie w gospodarce. Nie wiem jednak, czy 7-proc. wzrostu importu samochodów (wiosna, mniejsze obciążenia podatkowe i obawy, że złoty osłabnie i będzie drożej) nie spowodował jednokrotnego wyskoku – trzeba zobaczyć, co będzie dalej. Wzrost eksportu może sugerować, że ustabilizowanie się gospodarek europejskich zwiększyło zapotrzebowanie na nasze produkty. Do ożywienia według mnie jeszcze daleko, mimo lepszego od prognoz odczytu obrazującego poziom nastrojów wśród niemieckich przedsiębiorców indeksu Ifo w maju.
Prezes NBP ma rację twierdząc, że 70 proc. naszego eksportu rozliczane jest w euro, a złoty w ciągu roku osłabł w stosunku do tej waluty prawie o 13 proc., co powinno pomagać eksporterom. W związku z tym „nie widzi podstaw do twierdzeń, które uznają złotego za przewartościowanego”. Niby tak, ale... Na podstawie tej wypowiedzi widać, jak można manipulować danymi. Prezes NBP ma rację, ale ja też mam rację, twierdząc, że złoty wzmocnił się w stosunku do euro o blisko 5 proc. w stosunku do sierpnia zeszłego roku i o blisko 17 proc. w stosunku do listopada 1999 r. W okresie styczeń 1999-marzec 2002 złoty wzmacniał się z półrocznym wyskokiem w zeszłym roku (w czasie którego wzmacniał się ponad miarę — 27 proc. w stosunku do listopada 1999 r.), a którego szczyt pan profesor wziął sprytnie jako punkt odniesienia. A w tym czasie zyski eksporterów zjadała również inflacja. Poza tym ostanie osłabienie złotego nie wynika wcale z przyczyn rynkowych, jak usiłuje to przedstawić prezes NBP, a z tego powodu, że rząd wszczął działania mające doprowadzić do jego osłabienia. Wniosek? W tej sprawie pan prezes nie ma racji, a silny złoty szkodzi i będzie szkodził gospodarce.
Będzie szkodził, bo nie zostało osiągnięte żadne porozumienie między rządem a RPP odnośnie działań, które mogłyby doprowadzić do jego osłabienia. Poza tym sposób przeprowadzania obniżek stóp pozostaje taki sam — rada nie ulega żadnym perswazjom. Oczywiście obniżka o 50 punktów bazowych była krokiem w dobrym kierunku. Do znudzenia jednak będę pisał, że rada powinna obniżyć stopy o 100-150 pkt. i zapowiedzieć, że to na dłuższy czas koniec. Doprowadziłoby to do osłabienia złotego i byłoby jednocześnie wyciągnięciem ręki do rządu i Sejmu, co być może przerwałoby tę szkodliwą wojnę. Poza tym stała uwaga: kiedy dojdziemy do cywilizowanego zwyczaju (ECB, Fed) podawania decyzji RPP zawsze o tej samej porze dnia? I druga: czy rada nie zna innego nastawienia do przyszłości niż neutralne? To staje się śmieszne.
Obraz techniczny rynku zbytnio się nie zmienił. Co ciekawe, indeks cenowy wzrósł otwierając na wykresie tygodniowym okno hossy. Zostało jeszcze 1,5 proc. do oporu. Przełamanie anulowałoby formację podwójnego szczytu. Wyraźne odbicie potwierdziłoby ją. WIG nadal rysuje idealną chorągiew. Indeks zmienia się w granicach 15600 pkt — 15700 pkt. (w cenach zamknięcia). Przełamanie jednego z tych poziomów to sygnał sprzedaży/kupna.
Wydawało się we wtorek, że z ideą flagi na WIG 20 pożegnaliśmy się ostatecznie. Niekoniecznie, chociaż, jak na flagę po tak krótkim ruchu, trwa nieco za długo. Jeśli spojrzy się na wykres świecowy, to widać, że sygnałem kupna byłoby zamknięcie ponad 1390 pkt., a sprzedaży poniżej 1360 pkt. Wtedy wsparcie jest w połowie białej świecy dopiero na 1336 pkt. Jeśli załamie się 1360 pkt., to według mnie 1336 też nie utrzyma rynku, a cały poprzedni wzrost okazałby się jedynie pułapką, co byłoby normalne, jeśli weźmie się pod uwagę fundamenty.
Rynek jest w stanie wyczekiwania i nie ma możliwości przewidzenia kierunku indeksów. Widać, że ograniczona płynność pozwala w dowolnym momencie ustalić kierunek i pewne jest, że ruch będzie gwałtowny. Brak fundamentów każe zachować największą ostrożność, ale jedyną radą, którą można dać, jest: podążaj za obrotem i bacznie obserwuj poziomy oporu i wsparcia.