Inflacja, dynamika produkcji, tempo wzrostu wynagrodzeń i stan koniunktury pokażą inwestorom, w jakim miejscu stanie jest gospodarka i czego można oczekiwać po rynkach finansowych.
Z Ameryki
W minionym tygodniu rozpoczął się sezon publikacji raportów kwartalnych spółek. Rozpoczął się źle. Zawiodły Alcoa i Genentech, a ostrzeżenie dał AMD, rywal Intela. Sam Intel i Apple ucieszyły inwestorów w drugiej części tygodnia, ale nie wystarczyło to do zakończenia go na plusie. Takie zachowanie rynku jest poważnym ostrzeżeniem. Takim samym ostrzeżeniem jak to, że wyprzedaż rozpoczynała się w ostatniej godzinie sesji. Nacisk podaży nie był duży, ale popytu zabrakło.
Dane makro były niejednoznaczne. Nieciekawie wyglądał również rynek ropy. Na wykresie jej notowań wyraźnie widać podwójne dno, a to zapowiada wzrost ceny baryłki przynajmniej do 51 USD. To zaszkodziłoby gospodarce, a przypominam, że w dłuższym terminie analiza techniczna każe oczekiwać ceny powyżej 70 USD. Dla rynku walutowego najważniejszy był bilans handlu zagranicznego. Okazało się, że deficyt nie tylko nie spadł, jak tego oczekiwali analitycy, ale nawet gwałtownie wzrósł do rekordowego poziomu. Poza tym wzrósł import, i to pomimo szybko taniejącej ropy naftowej. Wytłumaczenie jest proste. Listopad w USA jest już okresem świątecznych zakupów, a w tym okresie Amerykanie za bardzo się z pieniędzmi nie liczą. Z pewnością sieci detaliczne również importowały towary na grudniowy szczyt sezonu. Najgorsze jest osłabienie eksportu. Słaby dolar powinien mu pomagać, ale deficyt jest nadal olbrzymi. Problem dwóch deficytów będzie nadal prześladował dolara. Także lukę budżetową ciężko będzie zmniejszyć, choćby dlatego, że w Iraku spokoju nie widać, a w miarę upływu czasu kolejne kraje będą wycofywać stamtąd wojska. Amerykanom potrzeba będzie dużo pieniędzy (do października wydali już 106 mld USD).
Mimo tych bardzo słabych danych osłabienie dolara w zeszłym tygodniu było symboliczne. Wpływ na takie zachowanie rynku miały naciski ECB mające wzmocnić waluty azjatyckie (przede wszystkim chińskiego juana). Poza tym Stany w zeszłym tygodniu ustami Donalda Evansa, sekretarza handlu ostrzegły, że prawnicy i biznes amerykański może atakować Chiny za stosowanie dotacji dla państwowych firm, hamowanie importu i utrzymywanie stałego kursu walutowego. Ekonomiści wierzą, że wzmocnienie walut azjatyckich zmniejszy nacisk na aprecjację euro. Nie ma, według mnie, żadnych przesłanek do twierdzeń, że uwolnienie juana musi w dłuższym terminie osłabić wspólną walutę. Jeśli jednak taka teoria utrwali się w głowach graczy, to do czasu rewaluacji chińskiego pieniądza będą grali na osłabienie euro do wszystkich walut, a najbardziej do jena.
Szybkimi krokami zbliża się posiedzenie FOMC 1-2 lutego (komitet kierujący polityką pieniężną USA), a wraz z nim podwyżka stóp. To oczywiste, że ona nastąpi. Pytanie tylko, czy o 25 pkt baz., i co znajdzie się w komunikacie po posiedzeniu. Do decyzji zostały tylko dwa tygodnie i rynek będzie coraz bardziej nerwowo reagował na wszelkie dane makro i wystąpienia ekonomistów. Ostatnio kilku członków Fed ostrzegło, że rynek nie powinien zakładać, iż bank nie będzie podnosił stóp szybciej niż po 25 pkt baz. za jednym ruchem. Takie wypowiedzi przygotowują inwestorów do większej podwyżki stóp. Oczekiwanie na podwyżkę, i do tego niewiadomo jaką, powinno pomagać niedźwiedziom na rynku akcji i wzmacniać dolara. Z dolarem, w kontekście decyzji Fed, sprawa nie jest jednak prosta. Teoria mówi, że im większe oczekiwanie na podwyżkę stóp i im wyższe stopy, tym mocniejsza jest waluta, ale Stephen Roach z Morgan Stanley zwrócił ostatnio uwagę, że w 1994 r. dolar zanurkował i tracił przez 12 miesięcy około 15 proc. do głównych walut, mimo że Fed podniósł stopy o 300 pkt baz. (między lutym 1994 a lutym 1995 r. z 3 do 6 proc.), a deficyt obrotów bieżących był trzy razy mniejszy niż obecnie. Nie liczyłbym za bardzo, że Fed w dłuższym terminie pomoże dolarowi. To jednak temat na drugą połowę roku.
Amerykański tydzień giełdowy ma być o jeden dzień krótszy z powodu dnia Martina Lutera Kinga, ale wcale przez to nie będzie mniej interesujący. Przede wszystkim zostanie opublikowane mnóstwo raportów kwartalnych z IBM, GE i Yahoo na czele. Już to powinno wywołać dużą nerwowość i zmienność. Dostaniemy jednak również dane makro, i to w znacznym stężeniu. Dane i raporty kwartalne mogą gwałtownie zmieniać sytuację na rynkach. Sytuacja indeksów giełdowych do czwartku była oczywista. Na wykresie S&P500 nastąpiło wtedy wyłamanie dołem z formacji flagi, co zapowiadało spadek przynajmniej do 1155 pkt. Jednak piątkowy zwrot (co prawda niezbyt mocny) wystarczył, by zasiać wątpliwości. Trzeba pamiętać, że mamy styczeń i fundusze nie zrezygnowały już z dobrego zakończenia tego miesiąca. Na razie obowiązuje sygnał sprzedaży. Gdyby jednak S&P500 przełamał poziom 1193 pkt, sygnalizowałoby to, że będzie atakował zeszłoroczne szczyty.
Z Polski
To był tydzień niewielkich zmian indeksów i dużych obrotów, ale jednak spadkowy. Ten spadek nie zmienił technicznego obrazu rynku. Nadal obowiązują sygnały sprzedaży, ale zanegować je mogą dwie dobre sesje. Trudno już teraz mówić o dalszych spadkach, kiedy widzi się, jak węgierski BUX bije rekordy, a przecież sytuacja gospodarcza Węgier jest gorsza niż Polski. To właśnie Węgrom a nie nam agencja Fitch obniżyła rating. Widać zresztą, jak nas doceniają inwestorzy zagraniczni. Polska uplasowała emisję euroobligacji 15-letnich o wartości 3 mld EUR przy popycie prawie dwa razy większym. Mogło to jednak zmniejszyć popyt na obligacje denominowane w złotych. I rzeczywiście tak się stało. Popyt okazał się mniejszy od oferty, ale wynikające z tego osłabienie złotego było nieznaczne. Nawet osłabiające lokalne waluty słowne interwencje w Czechach i Słowacji nie przenosiły się na rynek polski. Gdyby jednak kolejna aukcja nie udała się, to zobaczymy bardzo szybkie osłabienie złotówki, co by się gospodarce przydało. Ostatnio nawet Konrad Reuss, dyrektor zarządzający Standar&Poor’s, powiedział (co prawda obwarowując to licznym zastrzeżeniami), że dalsze umocnienie polskiej waluty może być niekorzystne dla gospodarki, bo zmniejszy jej konkurencyjność. W tym tygodniu na rynek dotrze kilka raportów makroekonomicznych i będziemy świadkami wyraźniejszych zmian kursów, które pokażą kierunek w dłuższym okresie.
Muszę powiedzieć, że ucieszył mnie w zeszłym tygodniu Leszek Balcerowicz, prezes NBP, mówiąc wywiadzie dla Reutersa: „Nigdy nie twierdziłem, ze Polska powinna za wszelka cenę wejść (do strefy euro — red.). Mówiłem, że najlepszą strategią dla Polski jest szybkie i trwale wypełnienie warunków członkostwa w strefie euro i dopiero wejście”. Szybko jednak mina mi zrzedła. Owszem, prezes NBP uważa, że Polska w żadnym wypadku nie powinna wchodzić do Eurolandu tylko po to, by szybko tam wejść. I w tym jesteśmy zgodni. Jednak stwierdzenie mówiące o tym, że zaostrzenie polityki fiskalnej może przynieść poprawę w gospodarce, wydaje mi się głęboko nieprawdziwe. Polacy nie ucieszą się z kolejnych cięć socjalnych, a firmy nie będą w stanie zwiększać konkurencyjności przez ciągłe zmniejszanie zatrudnienia. A twierdzenie, że trzeba nadal liberalizować rynek pracy, by zmniejszyć bezrobocie, jest zdecydowanie sprzeczne z moimi poglądami. Owszem, zwiększymy zatrudnienie tymczasowe, będziemy mieli ponad 30 proc. pracowników tymczasowych i nikt już nie będzie pewny dnia ani godziny. A oficjalna stopa bezrobocia rzeczywiście nieco spadnie, tylko czy o to tylko chodzi? Czy rzeczywiście będzie nam lepiej, kiedy usankcjonuje się i tak częste już nadużycia pracodawców w stosunku do pracowników? To jednak jest temat na odrębny komentarz.
Wróćmy do rynków finansowych. Tydzień będzie bogaty w raporty makroekonomiczne. Inflacja, dynamika produkcji, wynagrodzenia i wskaźniki koniunktury pokażą inwestorom, w jakim miejscu znajduje się gospodarka. W przypadku inflacji nie oczekuję cudów. Z powodu bazy z zeszłego roku na pewno wzrośnie, ale jak czyta się w „Gazecie Wyborczej”, że świnie od początku roku staniały już o 15-20 proc., a mięso w sklepach o 5-10 proc. i wie się, że ten trend będzie utrwalał, to jasne jest, że żywność nie będzie źródłem inflacji. Nawet taki „jastrząb”, jak Dariusz Filar z Rady Polityki Pieniężnej, mówi, że gdyby lutowa projekcja inflacyjna NBP pokazała szybszy spadek wskaźnika cen, to zmiana nastawienia na neutralne w polityce pieniężnej mogłaby nastąpić w pierwszym kwartale. Bardzo ciekawe będą dane o dynamice produkcji. Tutaj z kolei baza z poprzedniego roku była wysoka, więc można się obawiać, że dynamika wzrośnie nieznacznie lub nawet spadnie.
Optymista po takim tygodniu jak ostatni powie, że rynek się konsoliduje przed wzrostem, pesymista – że szykuje do spadku. I faktem jest, że w krótkim okresie bardzo trudno jest przyznać któremuś z nich rację. W dłuższym terminie nadal oczekuję spadków, ale na początku tygodnia rynek będzie gotów do odbicia. Jednak taka sama sytuacja była na przełomie kwietnia i maja zeszłego roku. Wtedy, mimo wyprzedanie rynku, WIG20 spadł jeszcze 8 proc. nim zaczął znowu zwyżkować. Teraz taka możliwość też istnieje. Tym bardziej, że — jak donosi prasa — ze względu na zmianę przepisów na unijne, w pierwszym półroczu na rynku pierwotnym będziemy mieli olbrzymi tłok, a to rynkowi wtórnemu nie pomoże. Sygnałem, że taki spadek nastąpi, byłoby przełamanie przez indeks WIG dolnego ograniczenia klina zwyżkującego (okolice 25 650 pkt). Do tego, by tak pesymistyczny scenariusz został zrealizowany, konieczne byłoby kontynuowanie spadków w USA. Jeśli w Stanach indeksy zawrócą, to i nasz rynek ruszy w górę, ale na razie obowiązuje sygnał sprzedaży.