Przyszły rok, paradoksalnie, będzie lepszym
dla oszczędzających niż dwa ostatnie. Powód? O wiele łatwiej podjąć decyzję o sposobie lokowania pieniędzy.
Wraz z potężną bessą, jaka przewinęła się w ostatnich miesiącach przez warszawski parkiet, gwałtownie zakończoną na wakacjach hossą surowcową oraz jesiennym spadkiem cen obligacji, trudniej trafić w szczyt koniunktury. A to — jak wiadomo — grozi z reguły utratą sporej części portfela. Na co więc postawić? Do wyboru są zbyt mocno przecenione akcje. Pewnymi odsetkami kuszą też obligacje skarbowe, a możliwym, wysokim zyskiem — surowce. A może jednak rosnące w siłę dolary?
Akcje
W 2007 roku na warszawskiej giełdzie skończyła się najdłuższa i największa hossa w jej historii. Zarządzający otwarcie mówili, że akcje są przewartościowane. Nie mieli jednak wyboru i wciąż je kupowali, bo tak chcieli Polacy, masowo wpłacający oszczędności do funduszy inwestycyjnych. W ostatnich 12 miesiącach krajowe indeksy, w ślad za giełdami zachodnimi, spadły co najmniej o połowę. To rezultat obaw o skutki recesji na świecie. Teraz zarządzający twierdzą, że akcje są wyraźnie niedowartościowane. I trudno się z tym nie zgodzić. Wyceny wielu spółek spadły do poziomów z 2003-2004 roku. W tym czasie przychody i często zyski firm się zwielokrotniły. Jest więc idealny czas na budowę portfela akcji. Można przypuszczać, że definitywny koniec bessy, podobnie zresztą jak jej początek, obwieszczą Amerykanie na Wall Street. Zapewne stanie się to jeszcze podczas trwającej właśnie za oceanem recesji (tak było w przypadku wszystkich poprzednich). Historia podpowiada, że w pierwszej kolejności bessę odreagowują duże spółki (tzw. blue chipy z indeksu WIG20). Akcje mniejszych firm drożeją zwykle w drugiej kolejności.
Obligacje
W ostatnich tygodniach ceny krajowych obligacji skarbowych poszły mocno w dół. Wraz z nimi w górę skoczyły rentowności (w uproszczeniu wysokość odsetek). To rezultat kryzysu finansowego. O ile na Zachodzie nastroje na rynku finansowym szybko się poprawiają, o tyle nad Wisłą instytucje wciąż pozostają wobec siebie nieufne. Obligacje są więc tanie. Ponadto spada inflacja. Wielu ekspertów przewiduje, że za rok będzie ona o połowę niższa. Jeśli tak się stanie, Rada Polityki Pieniężnej nie będzie miała wyjścia i równie mocno obniży stopy procentowe. Błyskawicznie spadnie oprocentowanie lokat i obligacji. Trzeba więc wykorzystać obecną sytuację. Jak? Najprościej sięgnąć po detaliczne obligacje skarbowe oferowane w placówkach państwowego PKO BP (lub przez internet). Na czasy niskiej inflacji najlepsze są papiery długoterminowe o stałym oprocentowaniu. Lepiej zorientowani w meandrach finansów mogą zajrzeć na giełdowy rynek obligacji. Tutaj rentowności są wyższe, a oferta bogatsza (informacje o notowanych obligacjach są na stronie internetowej GPW). Zawsze można też kupić jednostki inwestycyjne funduszy obligacji skarbowych (najlepiej długoterminowych).
Surowce
Niektórzy analitycy powtarzają, że surowce są dobre na każdy czas. Powoli się kończą, więc ich ceny powinny rosnąć — przekonują. Historia podpowiada jednak co innego. Podczas wakacji gwałtownie skończyła się hossa, która wywindowała ceny niektórych surowców (np. ropy, miedzi) do historycznych szczytów. Teraz ceny lecą na łeb na szyję. Powód? Prosty. Inwestorzy boją się skutków trwającej recesji. Pogorszenie koniunktury gospodarczej na świecie zmniejsza zapotrzebowanie na surowce. W przyszłym roku lepiej na rynku surowcowym raczej nie będzie. Możliwe jest jedynie krótkie odreagowanie bessy. Po gwałtownych spadkach rynek surowcowy potrzebuje z reguły kilku lat, aby się ożywić.
Waluty
Tu najtrudniej o prognozy. Jeśli już się pojawiają, to są obwarowane największym błędem. Ale spróbujmy. Przyszły rok powinien być znacznie lepszy dla złotego niż obecny. Krajowa waluta może wrócić do wieloletniego trendu wzrostowego. Sprzyjać będzie jej poprawa nastrojów na światowych rynkach finansowych, poprawa w gospodarce (zwłaszcza w kolejnych kwartałach roku) oraz płynące z Unii Europejskiej dotacje. Kursy euro i dolara mocno zależą jednak od wzajemnej relacji na świecie. Można się spodziewać, że Ameryka pierwsza wykaraska się z kłopotów gospodarczych. Inwestorzy większym zaufaniem obdarzą więc dolara. Nad Wisłą powinien on szybciej rosnąć w siłę niż euro.
