Przypadek tzw. małej, czyli pilnej nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji przejdzie do historii. Będzie to pierwsza ustawa zawetowana przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego — i to skutecznie. Sejmowi do odbicia weta potrzeba trzech piątych głosów, czyli teoretycznie 276, a w praktyce ciut mniej, jako że liczy się nie od 460 posłów, lecz od obecnych. Tymczasem poprawkę Senatu o możliwości odwoływania przez walne zgromadzenie, czyli ministra skarbu państwa, członków zarządów Telewizji Polskiej i Polskiego Radia przyjęto w piątek stosunkiem 230:198. Zatwierdziła ją koalicja PO z PSL, za odrzuceniem zaś głosowały solidarnie PiS i cała lewica, która już zapowiedziała, że w kwestii weta się wstrzyma — co w rozliczeniu głosów wyjdzie jakby je poparła. Skuteczne weto będzie spektakularnym zwycięstwem braci Kaczyńskich nad Donaldem Tuskiem — takiej wymarzonej okazji nie przepuszczą.
Pierwszą od wyborów znaczącą porażkę polityczną Platforma Obywatelska poniesie na własne życzenie. Rozgrywanie wspomnianego wyżej przepisu, który dla prezydenta stanie się idealnym pretekstem do weta — choć w pisemnym uzasadnieniu nie będzie powodem jedynym — jawi się akademickim przykładem politycznego bezhołowia. Uprawnienia ministra skarbu krążyły nad nowelizacją niczym jakieś widmo. W projekcie poselskim PO i PSL z 18 grudnia 2007 r. były, w sprawozdaniu komisji oczywiście także, ale potem PO triumfalnie ogłosiła całkowite wycofanie się z tego pomysłu. To kwestia o kapitalnym znaczeniu prawnym — w nowelizacji uchwalonej 18 marca przez Sejm wątek odwoływania zarządów nadawców publicznych przez ministra w ogóle nie wystąpił!
A zatem Senat kolejny raz wykorzystany został do wstawienia „na skróty” całkowicie nowego przepisu, radykalnie zmieniającego prawo. Takie praktyki już dawno zostały napiętnowane przez Trybunał Konstytucyjny, mimo to kolejne rządzące ekipy — mające w Senacie zwykle przewagę większą niż w Sejmie — traktują drugą izbę jako dyspozycyjnego wykonawcę „śmierdzących” zleceń. W tym procederze rekordy biła kiedyś AWS, potem niewiele gorszy był SLD, później PiS, a teraz tradycję podtrzymuje PO.
Od początku swojej kadencji prezydent Lech Kaczyński automatycznie podpisywał wszystkie ustawy, także oczywiste buble prawne. Z kolei jego inicjatywy — choćby próba nowelizacji Konstytucji RP czy ostatni, cichcem wycofany projekt ustawy o ratyfikacji traktatu z Lizbony — tylko ośmieszały prawników głowy państwa. Ale tym razem prezydent zyska punkty jako obrońca dobrych praktyk legislacyjnych oraz interesu społecznego przed partyjnym. Największym paradoksem zaś okaże się następstwo weta — PO chciała jak najszybciej usunąć z publicznego radia i telewizji prezesów rodem z dawnego Porozumienia Centrum, tymczasem oni jeszcze trochę porządzą...
Jacek Zalewski