Vistula z trudem wyobraża sobie współpracę biznesową z Wólczanką. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki — twierdzi jej prezes.
Krakowska Vistula, notowana na giełdzie spółka odzieżowa, nie kryje zaskoczenia wywołanego zapowiedziami Stanisława Gasinowicza, głównego akcjonariusza łódzkiej Wólczanki, o możliwej fuzji.
— Nie ma jakichkolwiek oficjalnych dokumentów w tej sprawie. Dlatego też trudno odnosić się do tego pomysłu — mówi Michał Wójcik, prezes Vistuli.
PZU milczy
W ubiegłym tygodniu Stanisław Gasinowicz mówił, że chciałby doprowadzić do fuzji między giełdowymi spółkami.
— Na pewno po drodze nam z Vistulą. Docelowo najlepszym pomysłem jest pełna fuzja. Cały proces będzie jednak przebiegał etapami. Najpierw dojdzie do współpracy biznesowej, a później kapitałowej — mówił prywatny inwestor.
Kilka dni później, zgodnie z zapowiedziami, Stanisław Gasinowicz sprzedał większą część akcji Wólczanki (24 proc. kapitału). Mówiło się, że papiery trafiły do podmiotów związanych z PZU, które obecne jest w Vistuli. Problem w tym, że ubezpieczyciel milczy.
Było łatwiej
— Trudno sobie wyobrazić nawet współpracę produktową. Taki pomysł był już realizowany sześć lat temu i nic z tego nie wyszło. Wtedy Vistula, Próchnik i Wólczanka były zupełnie innymi firmami, bo uzupełniały się. Teraz z Wólczanką konkurujemy, sprzedając rocznie 100 tys. koszul. Wszystko to sprawia, że powrót do pomysłu np. wspólnej sieci sprzedaży może być bardzo trudny w realizacji — tłumaczy prezes Vistuli.
Zarówno Vistula, jak i Wólczanka, po poważnych kłopotach finansowych, które mogły doprowadzić nawet do upadłości, dogadały się z wierzycielami i wychodzą na prostą. Vistula zapowiada na ten rok nawet ponad 6 mln zł zysku netto. Wólczanka chwali się zaś rekordową w historii spółki sprzedażą.