Drapać parkiet, gryźć trawę, pieścić każdy, pozornie nieistotny, szczegół. Oto recepta na sukces, według Tomasza Lisa. Dla niego cytryny nigdy nie były słodkie...
„Puls Biznesu”: Sukces?
Tomasz Lis: Jesteśmy na dobrej drodze. I tyle, ani grama więcej. Choć są powody do radości, gdy wyniki rosną, a między „Rozmowami w toku” a „Faktami” już kolejny dzień nie ma reklamowej przerwy, tylko odliczanie zegara. Może źle pamiętam, ale gdy prowadziłem „Fakty”, breaki były przed nimi zawsze. To znaczy, że konkurencja reaguje, co dla mnie jest akurat normalne. Wciąż powtarzam: program informacyjny dużej, prywatnej stacji telewizyjnej nie może mieć oglądalności znacząco niższej od innych. „Fakty” są dobrym produktem. Ich pozycja raz będzie trochę lepsza, raz gorsza. Ale na lata całe z pewnością pozostanie silna. Pozycja „Wiadomości”, ze względu choćby na przyzwyczajenia widzów, też będzie mocna. Chcę, by do pierwszej ligi dołączyły „Wydarzenia”.
Chce Pan zabrać widownię konkurencji, czy wypełnić pustą przestrzeń?
Myślę, że wypełnić pustą przes-trzeń. Jest trochę tak, że jak się mówiło o Polsacie, to nie myślało się o programie informacyjnym. A jednak okrętem flagowym Jedynki są „Wiadomości”, a TVN — „Fakty”. Nie widzę powodów, dla których — za jakiś czas — okrętem flagowym Polsatu nie miałyby być „Wydarzenia”. W sensie dobrego ratingu i źródła prestiżu.
Taki Pan skromny? Dobry rating już jest, według AGB Polska, właśnie bijecie rekordy oglądalności...
Te badania mówią o kilku dniach.
To jeszcze nie tendencja stała?
Tego nie wiem. Mam nadzieje, że tak. Zobaczymy, co będzie za miesiąc, dwa, trzy, pięć, osiem... Wtedy będzie można mówić o tendencji. Teraz obserwujemy dobre oznaki. Bardzo się z nich cieszę i nie ukrywam tego. Przecież nie jestem hipokrytą! Ale wolę dmuchać na zimne. Mam absolutnie głębokie przekonanie, że na dłuższą metę o pozycji tego programu nie zdecyduje jeden czy drugi wynik. Sukces może przynieść produkt, który trzeba poprawiać, poprawiać i jeszcze raz poprawiać! Jak już naprawdę będzie na poziomie, to moje doświadczenie telewizyjne mówi mi, że będzie przez ludzi zauważany, doceniany i oglądany.
W jakim sensie poprawiać? Kogo? Co?
Tysiąc szczegółów. Mamy słabe ośrodki krajowe, zagranicę, która dopiero raczkuje. Bardzo dobrze już działa Warszawa. Ale sieć korespondentów w Polsce, musimy dopiero zbudować. To zabierze trochę czasu...
I pieniędzy.
Ja mam — jako widz — niedostatek informacji o tym, co się dzieje w Łodzi, Szczecinie, Poznaniu. Czuję ten głód w każdej stacji telewizyjnej. Ale myślę, że warto, by szczególnie widzowie Polsatu w większym stopniu widzieli w programie siebie, swoje okolice, regiony... Zdajemy sobie sprawę, że tu jesteśmy słabsi.
Kiedy rozmawialiśmy we wrześniu, wspomniał Pan o progu inwestycji, którego nie należy przekraczać — pięć milionów...
Czego?
Euro.
To nie moja stacja, nie moje pieniądze.
Zygmunt Solorz powiedział wtedy, że jak będzie trzeba, to i dziesięć da...
Tak powiedział?
Tak. Podkreślił, że wszystko zależy od konkretnych efektów Pańskiej pracy. Dotrzyma słowa?
Jeśli tak powiedział, to dotrzyma. Akurat w zeszłym tygodniu był na urlopie.
To o niczym jeszcze nie wie?
Oczywiście, że wie. Po prostu wolałem mu głowy na urlopie nie zawracać. Z pewnością będziemy o tym rozmawiać później. No i dziesięciu milionów — to dobra informacja dla niego — nie będziemy potrzebowali. Ale rozsądnych pieniędzy tak. Wydatki są potrzebne, ale na dłuższą metę dużo lepszy i trwalszy efekt osiągniemy, pracując nad programem — drapiąc parkiet, gryząc trawę, dbając o każdy, pozornie nieistotny, szczegół.
Tak było w „Faktach”?
Jak?
Tak Pan je budował?
To też była robota organiczna. Ktoś na początku mógł mówić: „Macie fajne studio newsowe, najlepsze w Polsce”. Tylko umówmy się — z tego nic dla oglądalności programu nie wynikało. Studio było tak samo ładne rok później, a pierwsze, naprawdę imponujące wyniki przyszły po półtora roku. Dopiero wówczas „Fakty” osiągnęły przyzwoity pułap. A do tego jest jeszcze potrzebny jakiś „dopalacz”. TVN i „Fakty” miały w swoim czasie „Esmeraldę”. Dla nas — mam nadzieję — taką „Esmeraldą” będzie telenowela „Pierwsza miłość”.
Co z tą Polską?
(Całkiem poważnie) No kłopoty w kraju są. Jak czytam gazety...
Z programem też? Oglądalność?
Dobra. Jestem zadowolony, powiem szczerze. Dla przykładu podam wynik z zeszłego tygodnia: 7,1 proc. oglądalności i 20 proc. udziału. Jak na godzinny program publicystyczny w stacji, która z publicystyki nie słynęła? Uważam, że to przyzwoicie.
(Otwierają się drzwi, wchodzi młody mężczyzna, komunikuje polecenie z góry: „Dzień dobry, przepraszam. Tomek jesteś pilnie proszony na 12. piętro. Jest jakieś zebranie z Błaszczykiem”. Tomasz Lis wyraźnie zaskoczony, delikatnie pąsowieje i rzuca przez ramię: „Dobra, jak skończę to przyjdę”. Chwila wahania, posłaniec wychodzi.)
O czym mówiłem?
O swoim programie...
A więc to są dla mnie satysfakcjonujące wyniki. Tu założenie było proste. Oglądalność miały zrobić „Wydarzenia”. „Co z tą Polską” miało mieć wyższe udziały...
(Dzwoni telefon, Lis nerwowo zerka na wyświetlacz, nie odbiera.)
...niż średnie dzienne udziały tego dnia całej stacji. I tak się dzieje.
Dlaczego Pan to robi?
(Znowu dzwoni telefon — bezskutecznie)
Już powiedziałem, ta stacja potrzebuje prestiżu i godzinny, poważny program publicystyczny taką porcję prestiżu mu daje. A na poziomie czysto osobistym? Nie chciałem schodzić z ekranu. Nie mogłem prowadzić programu informacyjnego, bo będąc członkiem zarządu nie byłbym w stanie sobie z tym poradzić dzień w dzień. Ciężko by mi było po 5-6-godzinnym posiedzeniu zarządu wskoczyć do studia newsowego. To niemożliwe. Uznałem, że program raz w tygodniu mogę unieść, ciągnąc jednocześnie obowiązki, które mam dwanaście pięter wyżej i robotę w newsroomie.
Z kim Pan się porównuje pod względem oglądalności? Z Najsztubem?
Szczerze? Nie porównuję wyników. Naprawdę. Oczywiście oglądam program Piotra. Raz jest lepszy, raz gorszy — jak mój. Oglądam, kiedy mogę, Jacka Żakowskiego. Staram się oglądać Monikę Olejnik. Oglądałbym Kamila Durczoka, ale jego program jest — niestety — o tej samej porze.
Nie nagrywa Pan, żeby sobie później obejrzeć?
Nie. Generalnie nie umiem obsługiwać wideo, więc nie nagrywam. Poza tym nie lubię. Nie mam czasu na oglądanie telewizji, tym bardziej tego, co już raz zostało nadane...
Swoich programów też Pan nie ogląda?
Swoich przede wszystkim. Nienawidzę siebie na ekranie. Nigdy nie oglądałem nagrań ze swoimi programami.
A jak tam w nowej redakcji? Lubią, szanują, czują respekt?
Nie wiem. Niech pan ich pyta.
Boją się?
Nie sądzę. Chociaż? Jak się człowiek trochę boi, nie jest najgorzej. Myślę, że przede wszystkim mają poczucie satysfakcji. Mam głęboką nadzieję, że czują jak to idzie w dobrą stronę, więcej ludzi ich ogląda, że już nie mówi się o programie informacyjnym Polsatu ze wzruszeniem ramion i pogardliwym uśmieszkiem. Chyba czytają, że to idzie dobrze. I na poziomie osobistym mogą tacie, mamie, narzeczonemu, żonie...
Pochwalić się?
Powiedzieć: idzie nam lepiej. Myślę, że z większą energią i radością przychodzi się wtedy do pracy.
Pytam o nastroje w redakcji, bo w TVN chyba nie zawsze było różowo. Pamięta Pan MP3 z pańskimi inwektywami w newsroomie, które swego czasu krążyło w internecie...
To była...
Czysta złośliwość?
(Lekko poirytowany) Wie pan... W strukturze kilkuset osób to standard. Proszę sobie poczytać fora internetowe w różnych witrynach telewizyjnych. Większość złośliwych opinii na temat każdej ze stacji jest wypowiadanych przez ich pracowników. To często bardziej zjadliwe i szydercze opinie niż te ludzi spoza. A to nagranie... Już sześć lat minęło i jeszcze się nie stało nudne?! Ale może i za sześćdziesiąt też będą mnie o to pytali — jeśli przez przypadek dożyję.
Takie są konsekwencje...
To nagranie świadczyło wyłącznie o absolutnym dążeniu do perfekcji i absolutnej woli egzekwowania pewnych standardów. A zwracanie się do kolegi „Grzesiu”, świadczy chyba o dobrych stosunkach w redakcji? Myślę, że dziennikarze każdej redakcji — nie wiem jak jest w „Pulsie Biznesu” — mogli nam pozazdrościć braterstwa, lojalności, pomagania sobie, niepodkładania świń, braku intryg. A że wrzeszczeliśmy na siebie i przeklinaliśmy? A co to, my dzieci jesteśmy?
Już mniej więcej rok minął od Pańskiego odejścia z tej niezapomnianej redakcji. Jak Pan ten niebyt zniósł?
Bardzo dobrze. Miałem 7 miesięcy na rzeczy, których nie robiłem przez lata całe.
Zdarzało się poczucie pustki?
Nie.
Przymusowy urlop?
Też nie. O 15.00 pojechać po dzieci, potem z nimi siąść na rowery i pojechać na lody, to duża sprawa dla kogoś, kto zawsze pracował od rana do wieczora. Móc codziennie pójść na basen, na siłownię albo pobiegać, to też coś fajnego. Do tego parę miesięcy jeżdżenia po Polsce, napisanie książki. Pod koniec myślałem już tylko o tym, jak to wszystko tutaj poukładać. To był dla mnie okres absolutnej aktywności. Najgorzej znoszę momenty niepewności — „co to będzie dalej”. Jak wiadomo mniej więcej co dalej, to człowiek śpi spokojnie. A ja całkiem szybko wiedziałem, zdecydowanie szybciej niż to ogłoszono.
Dobrze się stało?
Uważam, że tak. Jest taka teoria w psychologii, nazywa się słodkie cytryny. Według niej, nawet jak się coś złego dzieje, to mamy skłonność do oceniania tego w kategoriach pozytywnych. Ja natomiast doszedłem do ściany. Odnosiłem wrażenie, że może być tylko gorzej, że wszystko co najlepsze mam już w TVN za sobą. Mam szacunek i — wielu to może zdziwić — sentyment do prezesa Mariusza Waltera, ale tamten rozdział tak czy owak zmierzał do nieuchronnego końca. Teraz mam nowe wyzwanie. Tworzymy nowy program informacyjny, robię własny — czego tam nie było, i pracuję na szczeblu zarządu — to też dla mnie nowe doświadczenie. Zatem odpocząłem i zbieram nowe doświadczenia. Znalazłem coś świeżego, co budzi radość...
Opłacało się?
No mówię panu właśnie, że się opłacało.
Ale finansowo?
To już niech zostanie moją tajemnicą.
Wygrał Pan proces z TVN...
W pierwszej instancji, potem wyrok został uchylony. Wszystko jest w punkcie wyjścia.
Ale będzie Pan to ciągnął?
To dla mnie z punktu widzenia finansowego jest kompletnie nieistotne.
Ponad 240 tys. zł piechotą nie chodzi...
To może być istotna suma dla TVN, który ewentualnie będzie musiał te pieniądze zapłacić. No i dla kilku charytatywnych fundacji, które te pieniądze dostaną w komplecie, jeśli wygram. Dla mnie to może być ważne z punktu widzenia jakiejś tam satysfakcji, bo uważam, że to nie ja naruszyłem prawo, tylko druga strona.
Uważa Pan to zamieszanie wokół siebie za duże wydarzenie medialne?
Nie wiem. Pewnie jest jakaś tam klasyfikacja...
Na przykład w porównaniu z wejściem TVN na giełdę?
Dla mnie bezdyskusyjnie największym wydarzeniem medialnym zeszłego roku było przejęcie stanowiska szefa zarządu TVP przez Jana Dworaka. Megatelewizja państwowa przestała mnie — prostego widza — okłamywać, przestała mną manipulować... Według mnie, to wydarzenie jest niesłusznie niedoceniane.
W specjalnej sondzie internetowego serwisu miesięcznika „Press”, pokonuje Pan i Dworaka, i TVN. Przegrywa tylko ze zwolnieniem Zygmunta Stępińskiego z Muratora!
Dla mnie zmiana w TVP jest dużym wydarzeniem, udane wejście TVN na giełdę też. Oba wydarzenia są dużo bardziej istotne od tego, co się dzieje z jedną osobą.
Widać nie dla wszystkich.
Ludzie zawsze wolą się koncentrować na personaliach...
Zresztą bardzo możliwe, że akurat redakcja Muratora się zawzięła i urządzili sobie masowe klikanie...
No tak podejrzewam. W „Wirtualnych mediach” jest akurat podobny sondaż i tam zdaje się, że Heyah prowadzi. To tyle, jeżeli chodzi o reprezentatywność tego typu badań.
(I pobiegł do windy...)