Vancouver opuszczają ostatni uczestnicy igrzysk i zaczynają się obrachunki. Polski Komitet Olimpijski z radością wypłaci z pieniędzy zebranych od sponsorów 1,875 mln zł nagród — medalistom na konta, a trenerom za pośrednictwem związków sportowych. Sam pobyt ekipy kosztował około miliona złotych, a łącznie na program olimpijski Vancouver wydano w latach 2008-10 ponad 31 mln zł.
Finansowe rany zaczynają lizać gospodarze. Tradycyjnie naiwnie skalkulowali koszty — zdobywając siedem lat temu organizację zimowych igrzysk 2010 myśleli o wydaniu 660 mln CAD (w USD wychodzi to ciut mniej), skończy się zaś na poziomie… 6 mld. Akurat Kanadyjczycy są globalnymi prekursorami wielkich deficytów olimpiad, które zaczęły się w roku 1976 zapaścią Montrealu. Potem znaleźli wielu naśladowców, a plajtą najbardziej spektakularną i groźną zakończyły się Ateny 2004. Niestrawiony deficyt tamtej olimpiady przyczynił się do obecnego finansowego upadku Grecji.
Dwie ostatnie olimpiady, czyli letni Pekin 2008 i zimowe Vancouver 2010, kosztowały krocie, ale przyniosły gospodarzom triumf marketingowy. Dwa lata temu zwycięstwo Chin w klasyfikacji medalowej było oczywistością, ale Kanada sama nie może uwierzyć w największy globalny sukces — nie tylko sportowy — w swych dziejach. Zwłaszcza po zwycięstwie hokeistów, za chwilę uniesienia kanadyjscy podatnicy gotowi są wykonać obywatelską zrzutkę na pokrycie deficytu olimpiady. W tym kontekście myślę o sportowym efekcie naszego EURO 2012. Jak ocenimy budżetowy wysiłek, jeśli Polska skończy występy tylko na trzech meczach w grupie?