Przyszedł do mnie zmartwiony kolega — wycofał mu się partner wyjazdu do Nepalu. W parę godzin podjąłem decyzję i po kilku dniach znalazłem się u podnóży Himalajów. To było kilkanaście lat temu — trekking do Annapurna Base Camp, skąd ruszają wyprawy himalaistyczne, na wysokości około 4,5 tys. m. Wtedy połknąłem bakcyla backpackerstwa i tak się zaczęła moja przygoda z Azją. Zmieniają się tylko kierunki: Tajlandia, Indonezja, Malezja, Laos, Kambodża, Wietnam... Te wyjazdy są dla mnie nieograniczonym źródłem energii.




Niespodzianki i kontrasty. Laos nie ma bazy turystycznej ani dobrych dróg. Ten kraj odwiedzają przede wszystkim backpackerzy. Laotańczycy żyją na pograniczu dwóch światów — rzeczywistego i duchowego. Duchy drzew, zwierząt, przodków, kamieni towarzyszą im i kierują ich życiem. Funkcjonuje to w doskonałej symbiozie z religią buddyjską.
W górskich wioskach na północy obok ołtarzyków poświęconych Buddzie stoją miseczki z darami dla wszelkiego rodzaju duchów, a z chatki szamana słychać miarowe uderzenia w bęben. A zaraz obok Wietnam. Szybko zrozumiałem powiedzenie „niezły Sajgon”. W mieście ruch jest tak intensywny i pozornie bezładny, że początkowo przejście na drugą stronę ulicy wydaje się niemożliwe. 99 proc. pojazdów to motorki, które nie zatrzymują się nigdy. Ta fala przesuwa się niezbyt szybko i po jakimś czasie, kiedy wczuje się w jej rytm, człowiek staje się elementem tego ruchomego organizmu. Na Sumatrze jest enklawa katolików, a na wyspie na jeziorze Toba żyje plemię Bataków, jeszcze sto lat temu ludożerskie.
Ludzie i obyczaje. Mistycyzm Laosu jest niewidoczny w Wietnamie. Wietnamczycy są bardzo pragmatyczni. Wydaje się, że przeżycia związane z kolejnymi wojnami spowodowały, że są najdumniejszym z narodów Azji Południowo-Wschodniej. Mają ku temu podstawy — i Francuzi, i Amerykanie połamali sobie na nich zęby, nawet Chińczycy nie ośmielili się na większe działanie zbrojne przeciw nim. Znana nam gra w butelkę ma w Laosie specyficzną odmianę. Do garnka wrzuca się odciętą głowę kurczaka, potrząsa, wypowiadając formułę, i stawia pośrodku kręgu. Ten, którego wskazuje dziób, ma wykonać zadanie czy odpowiedzieć na pytanie.
Aż trudno uwierzyć, że przy dzbanku cienkiego ryżowego wina grupa osób, które mają problemy z komunikacją, spędza ze sobą prawie całą noc, zaśmiewając się do łez podczas gry w głowę kurczaka. Ludzie tam są bardzo biedni, a jednak nie mają oczekiwań, roszczeń. Nam, wiecznie goniącym króliczka, przebywanie ze szczęśliwymi ludźmi, którzy nie mają niczego i niczego nie chcą, zmienia perspektywę. Powiedziałbym: odświeża. Ich otwartość, duchowość i pogoda bardzo przypadły mi do gustu.
Świerszcze na śniadanie. Miejscowe dania — myszki, nietoperze, owady — ot, takie różne ciekawostki do zjedzenia... Najbardziej ekstremalna potrawa, którą wspominam, to jednak nie owady. W restauracji w Hanoi znajomy Wietnamczyk zaproponował tamtejsze danie. To były małe ptaszki, przypominające wróble, które zjadało się w całości — z łapkami, wnętrznościami, główką, dziobem...
Muszę przyznać, że ciężko mi było sobie z tym poradzić. Na warszawskim lotnisku w gablocie obok kości słoniowej i innych przedmiotów objętych zakazem wwozu jest kobra. W Wietnamie kobry zatopione w alkoholu są do kupienia w sklepach. Zapytałem, jak to jest, że podlegające ochronie węże sprzedaje się legalnie.
Dowiedziałem się, że, paradoksalnie, dzięki popytowi nie wyginęły, bo zaczęto je hodować. Są farmy kobr. Wietnamczycy wierzą, że kobra ma różne moce — od leczenia serca po zapobieganie impotencji.
Dzika przyroda. Bukit Lawang na Sumatrze to jedno z nielicznych miejsc w środku dżungli, gdzie żyją na wolności orangutany. Wystarczy noc spędzona w dżungli, by człowiek zdał sobie sprawę, jak słaby i bezradny jest wobec przyrody.
Bosonodzy, niewysocy miejscowi przewodnicy okazują się wybawcami i ochroniarzami. Bez ich pomocy umarłbyś z głodu. Potrafią znaleźć pożywienie prawie wszędzie. Ucinają kawałek drzewa, z którego wylewa się życiodajny napój, wydłubują z gałęzi miazgę nadającą się do jedzenia. Zaraz jednak pokazują obok dwa niemal identyczne konary — trujące.
Rzecz charakterystyczna dla dżungli, niezależnie, czy na Sumatrze, na Borneo, czy gdzie indziej, to pijawki. Wydaje się, że jesteś stuprocentowo zabezpieczony, lecz zawsze potrafią się dostać do ciała. A ponieważ mają w ślinie naturalne znieczulenie, to człowiek nawet nie wie, że się taka przyssała. W zasadzie nie jest to większym problemem poza tym, że po oderwaniu czy odpadnięciu pijawki ranka mocno krwawi. Tamtejszy sposób to okład z utartych liści albo tytoniu papierosowego.
Oko w oko. Malezja, Perhentian Islands, czas odpoczynku. Ostatniego dnia o określonej porze odpływała łódź, która miała mnie zawieźć na ląd. Trzeba było przejść ścieżką przez las na odległy kraniec wyspy. I właśnie na tej ścieżce zobaczyłem największą jaszczurkę. Mniej więcej wielkości psa, dorodnego charta. Łapy grubości męskiego ramienia... I absolutnie nie chciała zejść ze ścieżki. Na próby przegonienia reagowała raczej agresywnie niż płochliwie. Już się obawiałem, że łódź odpłynie beze mnie, ale wreszcie udało nam się jakoś dojść do ładu. Nie był to oczywiście mityczny potwór, ale sytuacja była poważna.
Baśniowy świat. W Azji jest wiele miejsc, gdzie można nurkować w dziewiczej wodzie. Przed parunastu laty okolice wyspy Lombok w Indonezji były rajem dla nurków jeszcze nie tak znanym jak dziś. Nie zapomnę nigdy tego, co tam widziałem pod wodą — piękne, zupełnie odrealnione podwodne krajobrazy. Rekiny, żółwie, płaszczki. Mureny wyglądające z jamek jak psy z bud. Bardzo niebezpieczna stonefish (szkaradnica), która leży na dnie zakopana w piasku, ale jej pobudzenie może się skończyć porażeniem.
No i kilkunastocentymetrowe rozdymki, które w chwili zagrożenia nadymają się do wielkości piłki. Niestety, te baśniowe miejsca bardzo szybko się komercjalizują. Tak było np. ze Świątynią Tygrysów w Tajlandii. Najpierw ktoś przyniósł rannego tygrysa, potem było ich więcej, potrzebne były fundusze, zaczęto je pokazywać.
Teraz to już coś w rodzaju zoo — miasteczko pełne autokarów, straganów z pamiątkami... Odurzone jakimiś narkotykami tygrysy robią przygnębiające wrażenie. Podobnie jest z Angkor Wat w Kambodży. Trudno sobie wyobrazić, że dziesięć wieków temu ludzie potrafili zbudować tak monumentalne budowle. Kolega był tam tuż po śmierci Pol Pota, opowiadał, że do świątyni prowadziła nieduża ścieżka. Pojechałem tam kilka lat po nim, już parkowały tam autokary, a tłumy turystów rozdeptywały okolicę…
Więcej o Ryszardzie Trepczyńskim
