Rankiem prosto z drogi na pakę auta i na budowę czy na pole. Bez podatków i ZUS — tak w Polsce zatrudnia się Ukraińców.
Nic dziwnego: drogie i długotrwałe procedury nie sprzyjają uczciwym pracodawcom.
Na przykład Mikołaj
Rodzinne gniazdo Mikołaja jest kilkaset kilometrów stąd — we Lwowie. Do Polski przyjechał za chlebem latem zeszłego roku. Ma 25 lat i dyplom wyższej uczelni, w Polsce pracuje na budowie. Nielegalnie. Rok temu zbierał jabłka w podwarszawskiej wsi. Dostawał 2 zł za godzinę.
3 miesiące temu Mikołaj dostał cynk od przyjaciela, że w Warszawie płacą więcej, a praca lepsza. Teraz za dzień na budowie dostaje 30, czasem 40 zł.
Mikołaj odłoży na mieszkanie. We Lwowie zostawił narzeczoną. Dla niej codziennie rano jest przy ul. Grochowskiej, gdzie zbierają się nielegalni pracownicy — Polacy i cudzoziemcy.
— Jak się raz trafi robota, trzeba nazajutrz tu być i pilnować. Inaczej innego zatrudnią — tłumaczy.
W Polsce legalnie pracuje — w przybliżeniu — ponad 3 tys. Ukraińców, ale Mikołaj jest jednym z 50-300 tys. (tak precyzyjne są szacunki!) zatrudnionych w Polsce nielegalnie. Przydają się w rolnictwie, na budowach, w handlu, kobiety — jako opiekunki do dzieci albo gosposie. W większości wypełniają niszę, którą Polacy nie są zainteresowani. Tani, podejmą każdą pracę: żadnych podatków, świadczeń socjalnych, kłopotów z dokumentami — to ich atuty na rynku. Dla pracodawcy — czysty zysk. Wypisz wymaluj: taka była pozycja Polaków, którzy jechali na saksy do Niemiec w latach 80.!
Mirosława Rymszewicz, kierownik Wydziału Kontroli Legalności Zatrudnienia Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Warszawie (WUP), przyznaje, że 90 proc. Ukraińców pracuje na budowach nielegalnie.
— Firmy już przystępując do przetargu mają wkalkulowane w cenę zatrudnienie na czarno. Dzięki temu ich oferta staje się bardziej konkurencyjna — mówi Mirosława Rymszewicz.
Oj, niełatwo
W bazie WUP pozostaje 5 tys. przedsiębiorców, którzy składali wniosek o zezwolenie na pracę dla cudzoziemca. W 2004 r. do urzędu wpłynęło ponad 11,3 tys. podań, wydano 6,5 tys. zezwoleń, najwięcej — 857 — dla Ukraińców.
— O zezwolenie na pracę ma prawo wystąpić pracodawca lub jego pełnomocnik. Jest zobowiązany do przedstawienia kompletu dokumentów — m.in. potwierdzających kwalifikacje przyszłego pracownika, prawo pobytu. Wniosek składa się w warszawskim WUP lub jednej z jego 5 regionalnych fili. W pozostałej części kraju — w urzędach wojewódzkich — informuje Joanna Piłka, kierownik Wydziału Migracji Zarobkowej WUP.
Pracodawca musi też udowodnić, że na lokalnym rynku pracy nie ma bezrobotnego Polaka, który odpowiadałby jego wymaganiom. Winien przejrzeć oferty powiatowego urzędu pracy, zamieścić ogłoszenia w prasie lub internecie. Kiedy nikogo nie znajdzie, wtedy może wystąpić o zgodę na przyjęcie Ukraińca. Dlatego pozwolenia na produkcję, budowę zdarzają się rzadko. Zazwyczaj otrzymują je technicy, doradcy, eksperci, kadra kierownicza, nauczyciele oraz — ostatnio — gospodynie domowe.
Procedura trwa około miesiąca. Jest kosztowna. Za zezwolenie trzeba zapłacić równowartość najniższej krajowej płacy (obecnie — 849 zł). W Mazowieckiem udziela się ich na 12 miesięcy z możliwością przedłużenia (424,5 zł).
Znienacka
Na hasło „Ukraińcy” sekretarki szefów kilku warszawskich firm usztywniają się, milczą. Niektóre — po konsultacjach z przełożonymi — oddzwaniają po kilku dniach.
— Szef chętnie porozmawia, ale najpierw chce wiedzieć, skąd informacja, że zatrudniamy obywateli Ukrainy? — w słuchawce odzywa się głos pani z przedsiębiorstwa Halny Gajowczyk (nazwę firmy zmieniliśmy, żeby nie „zakablować” przedsiębiorcy).
Podejrzenia padają na złośliwą konkurencję, sąsiadów, mnożą się przypuszczenia i problemy... Szef jednak nie ma czasu. A przecież zatrudnia legalnie.
Tomasza Lipskiego, zastępcy dyrektora zarządu operacyjno-śledczego Straży Granicznej, taki scenariusz nie dziwi. Firmy nie lubią chwalić się ukraińskimi pracownikami. Bywa, że oprócz tych „na legalu”, pracuje też 5-10 na czarno. Przedsiębiorcy są czujni: słowo za dużo to sygnał dla organów kontroli.
Z danych WUP wynika, że w 2004 r. na 2,5 tys. zakończonych inspekcji legalności zatrudnienia, w 248 przypadkach wykryto nieprawidłowości (najwięcej — 58 — dotyczyło Ukraińców). Codziennie mazowiecki wojewoda wystawia kilka upoważnień, a funkcjonariusze WUP ruszają w teren. Impulsem są donosy sąsiadów, biznesowych rywali, skargi... Do kontroli legalności zatrudnienia mają prawo wojewodowie, a w regionie mazowieckim WUP oraz izby celne.
— Straż Graniczna nie ma prawa nakładać mandatów albo prowadzić postępowania. Sprawdza, czy cudzoziemiec legalnie przebywa na obszarze Polski. Wizyty w firmach z reguły składamy wspólnie z przedstawicielami innych organów — opowiada Tomasz Lipski.
Inspekcje odbywają się z zaskoczenia. Pracownicy muszą być złapani na gorącym uczynku — w czasie pracy. Faktyczny stan zatrudnienia porównuje się z dokumentacją firmy.
— Kontrolujemy przede wszystkim umowy o pracę, akta osobowe zatrudnionych, rozliczenia z ZUS-em, wpłaty na fundusz pracy do roku wstecz. Ustalamy, kto odpowiada za zatrudnienie — wylicza Mirosława Rymszewicz.
Po potwierdzeniu wykroczenia sprawa przeciw pracodawcy trafia do sądu.
Baza „obcy”
Podwarszawskiego producenta ketchupu zatrudnienie na czarno 7 Ukrainek i Białorusinek kosztowało 20 tys. zł. Zaczęło się od mandatu (5 tys. zł), skończyło — na postępowaniu karnym. Kontrolerzy powiadomili służby sanitarne, gdyż pracownice nie miały badań lekarskich. Firmie wytoczono też proces o naruszenie praw pracowniczych — cudzoziemki mieszkały w skandalicznych warunkach. Dodatkowo 7 tys. zł firma zapłaciła za wydalenie kobiet z Polski.
— Za nielegalne zatrudnienie pracodawcy grozi mandat do 50 tys. zł, potem postępowanie w sądzie i grzywna. Jeśli obywatel Ukrainy zgodzi się w ciągu 7 dni od zatrzymania wyjechać dobrowolnie z Polski, wówczas to on płaci za bilet. Jeśli nie, „sponsorem” jest pracodawca — tłumaczy Tomasz Lipski.
Decyzję o doprowadzeniu obcokrajowca do granicy podejmuje i wykonuje Straż Graniczna. Może też wnioskować o to wojewoda. Firma trafia na czarną listę, zaczyna figurować w bazie „obcy”, którą prowadzi wojewoda. Od tej pory może spodziewać się wzmożonych kontroli.
Procedury wydalenia nie stosuje się zazwyczaj, gdy chodzi o członków zarządu i prezesów.
— Na wysokich stanowiskach też zdarzają się zapominalscy. Podczas inspekcji okazuje się, że pan prezes nie wiedział, iż potrzebuje zezwolenie na pracę w Polsce, albo nie ma karty pobytu. Takie osoby nie podlegają deportacji, bo tworzą miejsca pracy, inwestują w Polsce. Dokumenty muszą jednak uzupełnić — mówi Mirosława Rymszewicz.
Cierpliwości...
W ministerstwie pracy wykiełkował ostatnio pomysł uproszczenia procedury zatrudniania Ukraińców. Pracodawca nie będzie już musiał udowadniać, że na lokalnym rynku nie ma poszukiwanego przez niego polskiego fachowca. Zezwolenia nie znikną, ale opłata ma być mniejsza. Wkrótce rozpoczną się polsko-ukraińskie negocjacje szczegółowych warunków współpracy.
Przedsiębiorcy, którzy chcieliby zatrudnić pracownika ze Wschodu na nowych zasadach, będą musieli uzbroić się w cierpliwość.