Trudno o zyski z debiutu

Kamil Zatoński
opublikowano: 27-12-2007, 07:54

Uplasowanie oferty publicznej było ostatnio nie lada sztuką. Trudno było też o zysk.

Na warszawskiej giełdzie pierwszy dzwonek zabrzmiał dla 81 spółek, a statystyki podwyższyły debiuty na alternatywnym rynku New Connect (w sumie 21). Nawet bez tych ostatnich był to dla GPW rekordowy rok pod względem liczby nowych emitentów. Łączna wartość ofert publicznych sięgnęła 18,3 mld zł, w tym 15,3 mld zł stanowiły nowe emisje. Jeśli jednak nie liczyć międzynarodowej oferty austriackiego Immoeast (10,7 mld zł), bilans zamknie się kwotą — odpowiednio — 7,6 i 4,6 mld zł. To dwa razy więcej niż w 2006 r.

Koniunktura dla nowicjuszy i ich akcjonariuszy była jednak w tym roku mniej łaskawa. O ile jeszcze w pierwszym półroczu nie było problemów ze sprzedażą ofert i godziwym zarobkiem dla inwestorów (średnia stopa zwrotu z debiutów sięgała 25 proc., a po kilkadziesiąt procent na starcie dały zarobić m.in. Budvar Centrum, Noble Bank czy Erbud), o tyle jesienią nastroje wyraźnie się pogorszyły. Powód — w pierwszej kolejności spadki na rynku wtórnym, ale także lawinowo rosnąca liczba ofert, przeprowadzanych w jednym czasie. Selekcja była bardzo ostra, a zamiast o stopach redukcji zapisów zaczęto mówić o — również mierzonym w procentach — stopniu uplasowania emisji. Zarządy idących na giełdę spółek musiały też w większości zapomnieć o śrubowaniu wycen, a jeszcze przed formalnym rozpoczęciem zapisów oczywiste stawało się, że sukcesem będzie uzyskanie ceny z dolnej granicy widełek. To i tak nie zawsze pomagało, stąd kilka firm (m.in. Hoopla.pl, Reinhold Polska, ZM Herman) musiało się obejść smakiem i plany IPO odłożyć przynajmniej na kilka miesięcy. Najlepszą ilustracją, jak korekta na rynku wtórnym sponiewierała tegorocznych debiutantów, jest to, że akcje niemal połowy z nich można dziś kupić taniej niż w pierwszej ofercie publicznej.

W 2007 r. na GPW nie brakowało spektakularnych premier. W pierwszym półroczu na czoło wysunęła się największa w historii oferta publiczna prywatnej spółki (LC Corp, w sumie 1,06 mld zł, więcej — obok). Zresztą deweloperzy — także bardzo duzi zagraniczni (jak Immoeast i Orco) — ławą szli wtedy na polską giełdę. Jak się później okazało, był to łabędzi śpiew branży. W drugim półroczu wydarzeniem był niedawny debiut banku Unicredit. Wejście włoskiego giganta to dla władz giełdy kolejny etap realizacji ambitnego planu stworzenia w Warszawie regionalnego centrum finansowego. Kurs na nasz parkiet obrało w tym roku 12 zagranicznych spółek, pochodzących także ze szczególnie hołubionych kierunków, jak Ukraina i kraje bałtyckie.

Grupa spółek na GPW urosła także dzięki przenosinom firm z rynku MTS-CeTO. Na taki krok zdecydowały się Mewa, Hawe, Orzeł, Karen Notebook, Zastal, Rafamet, KPPD, Izolacja Jarocin i ZNTK Łapy. Akcje wielu z tych firm stały się zresztą ulubieńcami spekulantów, a ich notowaniom jeszcze długo po debiucie towarzyszyły duże wahania.

Inwestorom żadnych emocji nie dostarczył natomiast resort skarbu państwa. Tegoroczne mizerne wpływy z prywatyzacji w najmniejszym nawet stopniu nie były konsekwencją upublicznienia którejś z państwowych firm. W sumie giełdowy bilans dwu lat rządów PiS to tylko jedno IPO (Ruch pod koniec 2006 r.). Być może w przyszłym roku będzie pod tym względem lepiej.

Najsolidniejszy debiutant

Erbud, prezes Dariusz Grzeszczak 

+87 proc. - stopa zwrotu do 21.12 od ceny emisyjnej.

Spółka debiutowała wiosną, niemal w szczytowym momencie giełdowego boomu budowlano-deweloperskiego. Nic więc dziwnego, że już na pierwszej sesji walory podrożały o 83 proc. — do 91,50 zł. Główni akcjonariusze Erbudu zapewne żałowali wtedy, że nie podyktowali jeszcze wyższej ceny emisyjnej. Od tego czasu kurs utrzymuje się na poziomie 90-100 zł, co jest zasługą mocnych fundamentów firmy (rentowności wyższej, niż osiąga konkurencja) i stopniowej realizacji celów emisyjnych (głównie — przejęcia).

Największe rozczarowanie

LC Corp, największy akcjonariusz - Leszek Czarnecki

-55 proc. - stopa zwrotu do 21.12 od ceny emisyjnej.

Tytuł rekina finansjery przyznany Leszkowi Czarneckiemu nie przysłoni rozczarowania, jakim jest giełdowa kariera jego dewelopera LC Corp. Wielu graczy liczy dziś pokaźne straty. Tylko przez chwilę cena akcji była wyższa od emisyjnej (6,50 zł). Na IPO zarobił na razie tylko sam Czarnecki. Sprzedał w ofercie akcje za blisko 700 mln zł. Tymczasem ledwie kilka miesięcy wcześniej większość z nich obejmował po 1 zł. Ofercie towarzyszyła duża akcja marketingowa, a wielu inwestorów zaciągnęło pokaźne kredyty na zakup akcji. Lewary udzielane przez DM IDM sięgały 9900 proc. pieniędzy własnych.

Kamil Zatoński, k.zatonski@pb.pl 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Zatoński

Polecane