Leszkowi Balcerowiczowi pozostały jeszcze trzy miesiące urzędowania w fotelu prezesa Narodowego Banku Polskiego. Nic dziwnego, że na giełdzie kandydatów na jego następcę robi się coraz goręcej. Analitycy w pocie czoła dokonują egzegezy ostatnich wypowiedzi premiera, usiłując dociec, kto będzie jego następcą. Jarosław Kaczyński mówił o swoim kandydacie „ta osoba”, więc dedukujemy, że będzie to kobieta. Jedno tylko nie pozostawia wątpliwości — premier szuka anty-Balcerowicza.
Na razie wszystkie te dociekania to raczej spekulacje, mniej lub bardziej kontrolowane przecieki. I na razie nie ma powodów do niepokoju — pojawiające się w owych spekulacjach nazwiska budzą być może pewne zastrzeżenia ekonomistów, ale nie powodują niepokoju. Lista kandydatów zawiera nazwiska ekonomistów, którzy być może w wielu sprawach się z Balcerowiczem różnili, ale nie do tego stopnia, by ogłosić odwrót od gospodarki wolnorynkowej czy osłabić pozycję banku centralnego. W gronie ekonomistów radykalnego anty-Balcerowicza będzie bardzo trudno znaleźć.
Dotychczasowe rządy premiera wskazują, że potrafił słuchać rozsądnych ekonomicznych argumentów i nie pozwalał na budżetowe szaleństwa. Dlatego mamy obecnie projekt budżetu zmarnowanych szans, nie katastrofy. Jest tylko jeden szkopuł — z tego, że premier ma kandydata na prezesa NBP, absolutnie nic nie wynika. Kandydata na prezesa NBP przedkłada sejmowi prezydent. Ale z tym problemem sobie chyba akurat poradzimy.