Polityczna walka o Trybunał Konstytucyjny (TK) przypomina telenowelę, która od 2015 r. emitowana jest już dwunasty sezon. Rządzące obecnie tzw. konsorcjum 15 października pod wodzą KO zadeklarowało obsadzanie zwalnianych w TK miejsc doświadczonymi profesorami prawa bez przeszłości w aparacie władzy. PiS natomiast przy wykorzystaniu możliwości dyspozycyjnego Karola Nawrockiego broni się przed uzupełnieniem składu i utratą w TK większości, licząc, że po hipotetycznym zwycięstwie wyborczym w 2027 r. powtórzy numer z 2015 r. i wszystkie miejsca sędziów niedopuszczonych przez prezydenta do złożenia ślubowania fizycznie wobec jego osoby uzna za… puste, a potem obsadzi je swojakami.
Środowy odcinek dwunastego sezonu miał scenariusz już znany, ale życie dodało scenki tragikomiczne. Wybrany przez Sejm na stanowisko sędziowskie Maciej Berek – dotychczas minister, wieloletni prawny zausznik Donalda Tuska – złożył ślubowanie wobec prezydenta tylko zdalnie, bo fizycznie w sejmowym gabinecie marszałka Włodzimierza Czarzastego. Notabene owo sporne ślubowanie to zapis absolutnie niekonstytucyjny, lecz jedynie ustawowy. Kiedyś wybierani przez Sejm sędziowie czysto techniczną formułkę wygłaszali właśnie wobec marszałka, dopiero w nowej ustawie z 1997 r. zmieniono osobę na prezydenta, dodając mu jeszcze jedną ceremonialną błyskotkę. Dokładnie tak traktowali ślubowanie Aleksander Kwaśniewski, Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski, dopiero Andrzej Duda i Karol Nawrocki przez swoje prywatne widzimisię przekształcili błyskotkę w niekonstytucyjne narzędzie weryfikowania, czyli naprawdę wetowania uchwał Sejmu.
Karol Nawrocki już wcześniej zawetował dokonany w marcu 2026 r. wybór czworga sędziów. Sejm wtedy obsadził hurtowo w TK aż sześć zwolnionych miejsc, ale prezydent zaskakująco wybrał tylko… dwoje sędziów łaskawie dopuszczonych do ślubowania pod jego pałacowym żyrandolem – to znowu jaśniepańskie widzimisię. Tego określenia trudno jednak nie odnieść również do zagrywki Donalda Tuska. Władca ekipy rządzącej podjął i naturalnie przeforsował w Sejmie zdumiewającą decyzję, że swojego zaufanego prawnika Macieja Berka deleguje na sędziego TK.
Kandydatura koordynującego prace resortów ministra zaskoczyła zwolenników ekipy Donalda Tuska. Bardzo krytycznie ocenili ten niepojęty pomysł m.in. profesorowie Andrzej Zoll i Marek Safjan, byli prezesi TK, którzy w epoce rządów PiS mocno trwali w obywatelskiej czołówce walki o praworządność. Komentarzowi z 19 sierpnia, gdy tylko plan został ogłoszony, nadałem tytuł „Forsując Macieja Berka, Donald Tusk depcze zasady” – i wszystkie następne wydarzenia potwierdziły jego prawidłowość. Negatywna reakcja części elektoratu KO ma źródło w uznaniu gorzkiej prawdy, że Donald Tusk przeforsowaniem Macieja Berka wyrzucił do kosza własne zasady, które były filarami zbiorowego wyborczego zwycięstwa 15 października 2023 r.
Koniecznie trzeba przypomnieć zapisy ustawy z 2024 r. o naprawie TK, którą Andrzej Duda skierował do tegoż TK, zaś ów organ pod wodzą już Bogdana Święczkowskiego uznał ją w 2025 r. za niekonstytucyjną. Sędziowie mieli być indywidualnie wybierani większością trzech piątych Sejmu. Kandydatury m.in. byłych posłów, senatorów, europosłów, ministrów, sekretarzy i podsekretarzy stanu, pełnomocników rządu, a także generalnie członków partii politycznych mogły być zgłaszane dopiero po upływie czteroletniej karencji od zaprzestania zajmowania wspomnianych stanowisk czy funkcji. Nawet najlepszy prawnik, wchodząc w czynną decyzyjność polityczną, powinien mieć świadomość, że fotel w apolitycznym TK raczej już nie dla niego. W związku z tym bardzo zasadne pytanie brzmi – co nagle Donaldowi Tuskowi się z tym Maciejem Berkiem stało? Tłumaczenia, że naprawczy idealizm uchwalony dwa lata temu i tak przecież nie wszedł w życie, to jednak żenada.
Był jeszcze specyficzny wątek argumentacji premiera – że tylko Maciej Berek jest w stanie wysadzić z fotela prezesa Bogdana Święczkowskiego. 14 października 2026 r. obserwowaliśmy pierwszą próbę. Bezpośrednio po złożeniu ślubowania w gabinecie marszałka, wybrany przez Sejm sędzia stawił się w TK do pracy. W tłumie PiS-owskich demonstrantów, blokujących dostęp do siedziby, policja utworzyła – metodą wypchnięcia opornych – korytarz i Maciej Berek z pozostałymi sędziami jednak się dostali. Wewnątrz napotkali jednak na potężną postać prezesa, który osobiście zablokował dostęp do pomieszczeń sędziowskich, oznajmił że Macieja Berka nie uznaje – co potwierdził w swoim pałacu także Karol Nawrocki – i środowy odcinek telenoweli się skończył. Naprawdę coraz mniej irracjonalnie wygląda całkowite wyzerowanie pieniędzy dla TK w części 06 procedowanego w Sejmie budżetu państwa na 2027 r.

