Polityczna walka o Trybunał Konstytucyjny (TK) od ponad dekady przypomina telenowelę, oczywiście krótszą od „Mody na sukces”, ale również rozwleczoną. Wydawało się, że jej scenariusz został już napisany i tylko kręcone są kolejne odcinki. Rządzące obecnie tzw. konsorcjum 15 października stara się obsadzać kolejno zwalniane w TK miejsca w sposób uczciwy doświadczonymi prawnikami bez przeszłości politycznej w aparacie państwa. PiS natomiast przy wykorzystaniu możliwości dyspozycyjnego Karola Nawrockiego broni się przed uzupełnieniem składu TK, licząc, że po hipotetycznym zwycięstwie wyborczym w 2027 r. powtórzy stary numer z 2015 r. i wszystkie miejsca sędziów niedopuszczonych przez prezydenta do złożenia przysięgi w jego obecności uzna za… puste, a potem obsadzi je swojakami.
Najnowszy zwrot scenariusza telenoweli jest jednak zaskakujący, żeby nie powiedzieć szokujący. Oto Donald Tusk jako władca ekipy rządzącej oznajmił tydzień temu zdumiewającą decyzję, że swojego wieloletniego najbliższego zausznika prawnego Macieja Berka deleguje na zwalniające się we wrześniu miejsce sędziego TK. Klub Parlamentarny Koalicja Obywatelska – Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Zieloni – szybko wykonał rozkaz najwyższego szefa, w tym kontekście nie rządu, lecz partii KO, i 14 sierpnia złożył u marszałka Sejmu wniosek z kandydaturą Macieja Berka. Notabene PiS już 12 sierpnia, czyli uprzedzająco, zgłosiło kandydaturę Artura Kotowskiego, profesora Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W normalnych relacjach wynik głosowania byłby oczywisty, w obecnej kadencji kandydaci PiS nie mają szans, ale tym razem rezultat – przynajmniej w fazie wyjściowej – nie jest stuprocentowo pewny.
Kandydatura Maciej Berka zaskoczyła zwolenników ekipy Donalda Tuska. Bardzo krytycznie ocenili ten pomysł m.in. profesorowie Andrzej Zoll i Marek Safjan, byli prezesi TK, którzy w epoce rządów PiS mocno trwali w obywatelskiej czołówce walki o praworządność. Negatywne zdumienie części elektoratu KO ma źródło w uznaniu gorzkiej prawdy, że Donald Tusk forsowaniem Macieja Berka depcze własne zasady, które były filarami wyborczego zwycięstwa trzy lata temu. Koniecznie trzeba przypomnieć zapisy ustawy z 13 września 2024 r. o naprawie TK, którą Andrzej Duda skierował do tegoż TK, zaś ów organ pod wodzą Bogdana Święczkowskiego 29 lipca 2025 r. uznał ją za niekonstytucyjną, czyli w całości posłał do kosza. Naprawa TK się nie udała, ale warto przypomnieć dwa idealistyczne przepisy niezaistniałej w obiegu prawnym ustawy. Sędziowie mieli być indywidualnie wybierani większością trzech piątych Sejmu. Kandydatury m.in. byłych posłów, senatorów, europosłów, ministrów, sekretarzy i podsekretarzy stanu, pełnomocników rządu, a także generalnie członków partii politycznych mogły być zgłaszane dopiero po upływie czteroletniej karencji od zaprzestania zajmowania wspomnianych stanowisk czy funkcji. Zapisano uczciwe zasady, chociaż osobiście uważałem i pisałem, że zakaz powinien być dożywotni. Nawet najlepszy prawnik, wchodząc w czynną decyzyjność polityczną, powinien mieć po prostu świadomość, że w przyszłości fotel w apolitycznym TK już nie dla niego.
Cała siódemka sędziów TK wybranych przez Sejm w tym roku spełniała warunki naprawczej, chociaż nieobowiązującej ustawy. Ba, spełniali nawet moje prywatne kryteria zaostrzone, ponieważ w swoich prawniczych karierach nigdy nie tknęli żadnego fotela parlamentarnego czy rządowego. Bardzo zasadne pytanie zatem brzmi – co nagle się Donaldowi Tuskowi stało? Tłumaczenia premiera, że idealistyczne zasady uchwalone dwa lata temu nie weszły przecież w życie, to czysta żenada. Podobnie jak argumentacja, że konstytucyjny minister Maciej Berek to tak doświadczony prawnik – czego przecież nikt nie neguje – że na zajmowanie przez niego czysto politycznego stanowiska w konkretnym rządzie należy przymknąć oko. Otóż – nie da się przymknąć.

