Trzaskałam drzwiami

Marcin Zawiśliński
opublikowano: 2008-02-29 00:00

Człowiek czynu. Pracuje w eterze. Teraz. Znawczyni i entuzjastka teatru, dla której wolność jest najważniejsza. A rozwiązanie szarady? Ewa Wanat.

Puls Biznesu: Kim pani się czuje? Polonistką, teatrologiem, dziennikarką, szefową radia?

Ewa Wanat: Zaskoczył mnie pan! Nie wiem...

A może to tylko stroje, w które pani się przebierała?

Na początku chciałam być aktorką — moja mama jest aktorką, a ojczym był reżyserem, dyrektorem teatru, redaktorem naczelnym miesięcznika „Teatr”. W domu teatr był głównym tematem rozmów. Wydawało mi się, że nic innego nie można robić — rano chodzi się na próby, a wieczorem na spektakle.

Po maturze zdawała pani do warszawskiej PWST.

Ale się nie dostałam, więc zdałam na poznańską polonistykę, a niedługo potem zwariowałam na punkcie Teatru Ósmego Dnia. To był dla mnie wstrząs estetyczny i światopoglądowy. Głosili wolność — w każdym obszarze życia. Uwiodło mnie to — i do dziś wolność jest dla mnie w życiu najważniejsza.

Znalazła się pani w grupie tzw. dzieci Teatru Ósmego Dnia.

Było nas kilkunastu, graliśmy, a raczej statystowaliśmy w spektaklach ulicznych — w 1983 roku w „Raporcie z oblężonego miasta”, rok później w „Cudach i mięsie”. To było najważniejsze, studia się nie liczyły.

Miała pani guru?

Dla mnie ważne stały się trzy postacie: Lech Raczak — szef i założyciel teatru, do dziś jest dla mnie autorytetem, Roman Radomski — taki osobisty przewodnik — i Ewa Wójciak, która wtedy była moim wzorem kobiecości — silna osobowość, która wie, czego chce i idzie po swoje, nie tracąc jednak nic ze swej kobiecości. Uświadomiła mi, że kobieta nie musi być słaba.

W 1985 roku wyemigrowała pani do Niemiec.

Przypadkiem. Wszystkie ważne rzeczy w życiu dzieją się przypadkiem. Część zespołu teatru pojechała do Włoch na występy. Ja z przyjaciółką ze studiów dojechałyśmy w czasie wakacji. Zajmowałyśmy się światłem, kostiumami, statystowałyśmy przez miesiąc. Potem pojechałyśmy do znajomych — polskich gastarbeiterów — do Monachium. Myślałam, że tylko na chwilę, miałam do spłacenia 50-dolarowy dług zaciągnięty przed wyjazdem u Romana Radomskiego.

Ciężko było?

Na początku było to traumatyczne przeżycie — tym bardziej że nie znałam niemieckiego. Nie mogłam znaleźć pracy, a jak już ją znalazłam, to oczywiście pracowałam na czarno — ciężko, fizycznie. Trudny egzamin dla jedynaczki z inteligenckiego domu.

Nie myślała pani o powrocie?

Byłam po trzecim roku polonistyki i przerażała mnie myśl o tym, co mam robić po studiach — to był koszmarny okres: szary, pusty. Pamiętam, kiedy podjęłam decyzję o pozostaniu — ciepły wrześniowy wieczór, monachijskie stare miasto, ludzie sączyli drinki w ogródkach, grali uliczni grajkowie — obrazek w tamtej Polsce nieznany. Zostałam, chwilę potem poznałam sympatycznego młodego Niemca, zakochałam się i wszystko dalej potoczyło się samo. Nauczyłam się języka, zaczęłam studiować m.in. wiedzę o teatrze.

Aż nadeszła jesień 1989 roku.

Byłam przekonana, że już nigdy nie wrócę do Polski, ale bardzo tęskniłam. Znalazłam się w tłumie ludzi, którzy w 1989 roku dziobali scyzorykami i innymi ostrymi narzędziami w berlińskim murze. Poczułam się jak na dnie wulkanu i bardzo mi się to uczucie spodobało.

Trafiła pani do radia, choć wcześniej nie miała z nim nic wspólnego.

To był 90. rok, spakowałam plecak, karton książek i wróciłam do rodzinnego Poznania. Moje małżeństwo z Manfredem rozpadło się już wcześniej — nie mam skłonności do stałych związków. Nie bardzo wiedziałam, co chcę robić, ale wiedziałam, że na pewno chcę uczestniczyć w tym, co się dzieje w Polsce. Zadzwoniła koleżanka, też „dziecko Ósemek” i opowiedziała, że powstaje pierwsze niezależne radio w Poznaniu — Radio S.

A co tam pani robiła?

Obsługiwałam sesje rady miejskiej w Poznaniu. Obserwowałam, jak się kształtowała samorządność i wolne media, jak wzajemnie od siebie zaczynały zależeć. My nie wiedzieliśmy, jak się robi media, a oni nie wiedzieli, jak się robi demokratyczną politykę. To był fantastyczny, pionierski okres. Ale się skończył — jak każda rewolucja. Zaczął się rynek. W „Esce” to już nie chciałam pracować. Zaczęłam robić programy i filmy o teatrze dla Programu 2 TVP. Kilkanaście lat często zmieniałam pracę, szukając swego miejsca, ale też walcząc o przeróżne pryncypia; trzaskałam drzwiami i wychodziłam z redakcji. Ale kiedyś drzwi już zabrakło... Poznań to małe miasto, a rynek mediów jest tam bardzo ograniczony. Wtedy z koleżanką założyłam firmę produkcyjną zajmującą się tzw. event marketingiem. Dwuletnia droga przez mękę, bo nie miałyśmy większego pojęcia o biznesie. Ale — jak na kompletne amatorki — szło nam i tak całkiem nieźle. Kiedy koleżanka zaszła w ciążę, postanowiłyśmy firmę zamknąć. Udało się to nawet z małym dodatnim bilansem.

I otworzyły się kolejne drzwi?

Trudny moment — kryzysu przed czterdziestką. Nie wiedziałam, czy być dalej dziennikarką, zająć się reklamą, a może zostać producentem teatralnym — robiłam wtedy filmy reklamowe, pisałam scenariusze programów telewizyjnych, współpracowałam z festiwalem teatralnym Malta, produkowałam spektakle Lecha Raczaka. I przeczytałam ogłoszenie, że Agora szuka szefa radia. Pomyślałam, że praca w Radiu S była dla mnie jednym z najszczęśliwszych okresów, więc dlaczego nie? Wygrałam konkurs pod koniec grudnia, a od stycznia 2003 zaczęłam pracę w Tok FM.

Jaki był i jest pani pomysł na radio?

Ramy ogranicza koncesja: 70 proc. słowa i 30 proc. muzyki. I w tym słowie musi być jeszcze określony procent informacji. Opowiadałam o nowej pracy przyjaciółce, plastyczce: „Słuchaj, muszę wymyślić formułę na radio”. Na co ona: „Wiesz, co mnie najbardziej wkurza? To, że codziennie jesteśmy bombardowani masą informacji, a nikt nam nie tłumaczy, o co w tym wszystkim chodzi”. Uświadomiłam sobie: informacja to za mało, potrzeba komentarza. I tak powstał zalążek pomysłu. A potem to byli ludzie — gwiazdy w Poranku i cały świetny zespół, który udało się stworzyć — osobowości, indywidualności, talenty.

Po kilkunastu latach pracy i styczności z mediami czuje się pani radiowcem?

Nie tylko radiowcem i dziennikarką, przede wszystkim czuję się człowiekiem czynu. Lubię wyzwania.

A co z fascynacją teatrem?

Teatr jest mi potrzebny — jako miejsce przeżyć intelektualnych i duchowych. Ludwik Osterwa powiedział, że teatr jest dla tych, którym nie wystarcza Kościół. Więc jest dla mnie. l

Twórczyni mediów

Ewa Wanat urodziła się w Poznaniu. Studiowała polonistykę na uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz wiedzę o teatrze i germanistykę w Monachium, gdzie mieszkała w drugiej połowie lat 80. Po powrocie do Polski, w 1990 r., współtworzyła Radio „S” w Poznaniu (dzisiejsza ESKA). Była też dziennikarką, DJ, autorką reportaży i programów publicystycznych. Współpracowała z TVP oraz lokalnym dodatkiem „Gazety Wyborczej”, pisząc recenzje teatralne i tłumacząc z niemieckiego. Produkowała spektakle Lecha Raczaka, wystawiane później na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Malta w Poznaniu. Prowadziła też własną firmę producencką. Od stycznia 2003 r. jest szefową Radia Tok FM. Trzykrotnie nominowana do nagrody im. Dariusza Fikusa w kategorii „twórca mediów”.