W gmachu Parlamentu Europejskiego (PE) we francuskim Strasburgu, odkurzonym pierwszy raz od wybuchu epidemii, wystartowała w niedzielę konferencja w sprawie przyszłości Europy. To inicjatywa dwóch instytucji ponadpaństwowych, czyli PE oraz Komisji Europejskiej (KE), zaś trzecim udziałowcem jest ministerialna Rada UE, kierowana w tym półroczu przez rząd Portugalii, a od 1 lipca – Słowenii. Prawdziwy twórca konferencji to prezydent Emmanuel Macron, usiłujący pozycjonować się na nowego Roberta Schumana. Debata zakończy się za rok, gdy rotacyjne przewodnictwo sprawowała będzie akurat Francja i unijny sukces ma ułatwić prezydentowi reelekcję w maju 2022 r. Tak sprytnie zaprojektował kalendarz „pod siebie”.

Słabym punktem w wyborczej taktyce autora może być jednak dorobek konferencji. Została pomyślana jako cykl oddolnych debat i dyskusji prowadzonych przez podmioty społeczeństwa obywatelskiego. KE zadeklarowała uwzględnianie ich wniosków przy podejmowaniu decyzji oraz wnoszeniu projektów dyrektyw i rozporządzeń. Inicjatorzy uciekają jednak od odpowiedzi na bardzo niewygodne pytanie – czy konkluzje obywatelskiej konferencji mają jakiekolwiek szanse przetworzenia na nowelizację traktatów. Bez takiego kroku legislacyjnego pozostaną dokumentem równie wzniosłym, co pustym. W tym kontekście okolicznością niekorzystną dla konferencji jest odcięcie się od niej przez Radę Europejską (RE), czyli kolegialną głowę wspólnoty. Prezydenci/premierzy również upamiętnili Dzień Europy zebraniem się w jego wigilię w atlantyckim Porto, pierwszy raz stacjonarnie od grudnia 2020 r. Portugalia zorganizowała szczyt społeczny, ale dyskusję naturalnie zdominowała epidemia COVID-19. Przyjęta przez RE 13-punktowa deklaracja z Porto zarysowuje wiele problemów społecznych i odnosi się do przyszłości UE, ale ni słowem, choćby czysto kurtuazyjnym, nie wspomina o górnolotnej inauguracji ze Strasburga. Trudno zatem uniknąć refleksji, że okoliczności startu konferencji w sprawie przyszłości Europy (notabene jeszcze w piątek był on niepewny) mówią przede wszystkim o bardzo trudnej teraźniejszości.
W Polsce spór o ratyfikację systemu zasobów własnych UE wysunął w tytułowym dylemacie na plan pierwszy bankomat. Od naszej akcesji w 2004 r. kolejne rządy nieco zmieniały dostępowy PIN, ale źródło kasy nie wysychało. W roku 2020, kończącym wyjątkowo korzystne dla nas wieloletnie ramy finansowe (WRF) 2014-20, otrzymaliśmy 18,99 mld EUR, wpłaciliśmy 5,83 mld EUR składek i minimalnych zwrotów, zatem saldo dodatnie wyniosło 13,16 mld EUR, czyli aż 69,28 proc. kwoty brutto. W gorszych kwotowo WRF 2021-27 pozostajemy beneficjentem (zapewne ostatni raz), ale znakomity wskaźnik korzyści netto powyżej 2/3 znacznie spadnie. Tymczasem rząd PiS w kampanii ratyfikacyjnej bije po oczach kwotą 770 mld zł, która jest gigantyczną manipulacją. Sumuje zwyczajne WRF 2021-27, słabsze od siedmiolatki poprzedniej, z nadzwyczajnym instrumentem odbudowy (granty oraz pożyczki), ale przede wszystkim operuje transferem brutto w naszą stronę, a nie saldem netto. Na dodatek przelicza kwotę z euro na złote, co niby jest operacją czysto księgową, ale liczba automatycznie wzrasta ponad cztery razy, zaś miano waluty w przekazie ginie. Cały ten banksterski chwyt jest bardzo prymitywny, ale zapewne skuteczny...