Tylko granit

Jacek Konikowski
opublikowano: 2004-03-26 00:00

Jest szary — daleko mu do niebieskich, czerwonych lub czarnych z Chin czy Afryki. Ale to o strzegomskim kamieniu Xawery Dunikowski mówił, że ma duszę.

W Strzegomiu żartują, że to granitowe Klondike — na kamieniu niejeden zbił tu fortunę. Z niego żyje połowa miasta i trzydziestotysięcznej gminy. Bezrobocia właściwie powinno nie być, bo każdy mężczyzna znajdzie robotę przy kamieniu. Nikt już nie wie dokładnie, ile tu firm i warsztatów kamieniarskich. Ponad 300? Ale co chwila ktoś coś otwiera. Samych sklepów dla kamieniarzy — z dziesięć. Hotel przy rynku — Granit, knajpa — Granit, spożywczy — Granit, co druga firma ma Granit w nazwie.

Niedawno powstała w Strzegomiu pierwsza w Polsce szkoła kamieniarstwa. Rajcy zdecydowali, że co roku urządzać będą festyn kamieniarski. Zresztą z nimi to ciekawa sprawa: z pięciu różnych partii, ale gdy przychodzi do kamieniarstwa — mówią jednym głosem. Kamieniarze mają swe gazety, co roku kongres, a w internecie portal (www. kuleczka. com/kamieniarz).

Ludzie po prostu kamieniem żyją. Jedni wyrywają naturze wielkie 10-tonowe bloki, inni tną je na drobne kawałki, kolejni przecierają je i polerują, by następni mogli uformować to, co podpowie wyobraźnia lub zażąda rynek. I tak od wieków.

Za Niemca — bez maszyn

Stanisław Sitarz, przewodniczący rady miejskiej, o granicie może opowiadać godzinami:

— W przyrodzie granit ma 40 kolorów. Są zielone, czerwone, czarne i najdroższe — niebieskie. Kamień to loteria, bo nigdy nie wiadomo, co kryje się we wnętrzu 2-tonowego bloku. Mogą być spękania, żyły, plamy albo piękna struktura i odcienie...

Całe życie przepracował w kamieniarstwie. Trafił nawet na środek pustyni:

— W latach 80. pojechałem do Iraku budować — w Abu Gaar, pod Nassiriją — zakład produkcji kruszyw do budowy „polskiej autostrady”.

Franciszek Krzyż pamięta czasy, gdy w pobliskich kamieniołomach bloki granitu wyrywano ze skały, wbijając w nią metalowe kliny, a płyty szlifowano ręcznie. Jeszcze przed wojną i potem, za Niemca.

— Niemcy tu wiele techniki nie wprowadzili. Większość czynności wykonywali ręcznie, bo tak było zdrowiej — bez zapylenia i chorób płuc. Ale jak już zrobili trak do cięcia bloków... Po wojnie jeden taki, co go z Piławy nie zdążyli zabrać, inżynierowie z Bydgoszczy na części rozłożyli, zrysowali i dokładnie identyczny przez wiele lat produkowali, bo nic lepszego wówczas nie można było wymyślić — opowiada pan Franciszek.

Mówią o nim „senior strzegomskiego kamieniarstwa”, ale on się śmieje, że przez to lat mu nie przybywa, bo strzegomskie kamieniarstwo tak naprawdę zaczęło się po wojnie.

To, czego nie skończyli Niemcy, dokończył komunizm. Polacy po wojnie zmechanizowali i unowocześnili kamieniarstwo na Śląsku. Właściwie wszystko dzięki Pałacowi Kultury i Nauki. Gdy okazało się, że większość jego elementów ma być z kamienia, dla strzegomskich kamieniarzy nastały „miodowe lata”.

— Gdy przyjechali urzędnicy z Warszawy i zobaczyli, że tu się kamień ręcznie wydobywa — załamali ręce: „Tak to my, towarzysze, nie zbudujemy Pałacu Kultury i do końca świata” — narzekali, po czym wrócili z maszynami. Robota ruszyła pełną parą. Kamień trafiał głównie na odbudowę stolicy: na plac Konstytucji, na MDM, na hotel Warszawa, na gmachy ministerstw, na Starówkę... Kolumna Zygmunta też jest ze strzegomskiego granitu.

— W 1948 roku blok na Kolumnę Zygmunta był wynikiem wielkiej operacji; wcześniej nigdy takiego kolosa stąd nie wydobyto. Ważył 30 ton i miał 10 metrów długości — wspomina Stanisław Sitarz, przewodniczący rady miejskiej, wielki miłośnik regionu.

W latach 70. po strzegomski granit przyjechali budowniczowie Dworca Centralnego. Długo po nich — metra warszawskiego. Zresztą nie tylko z Polski zjawiali się klienci. Ten szary kamień znany jest w Europie. To z niego strzegomscy kamieniarze wykonali koryto, po którym poruszają się wrota największej na świecie śluzy Zaanwild w Belgii.

— Belgowie nie mogli uwierzyć, że my je ręcznie wykonaliśmy, bo margines błędu był tak mały, że nikt by się nawet nie ośmielił tego robić inaczej niż za pomocą precyzyjnych maszyn! To był raptem 1 milimetr tolerancji na 15-tonowy blok. I myśmy to zrobili! Tyle że nic nie zarobiliśmy, bo daliśmy ceny dumpingowe, poniżej kosztów, aby tylko o nas usłyszeli w Europie — wspomina Franciszek Krzyż.

I tak się opłaciło. Precyzja procentowała zleceniami w 5 innych śluzach w Holandii. Potem centrum administracyjne Brukseli także wyłożono strzegomskim granitem. I budynek Sądu Najwyższego w Hadze. Granity ze Strzegomia stanowią również oprawę dla obrazów van Gogha i Leonarda da Vinci w słynnej wiedeńskiej „Albertinie”. Mnóstwo kamienia poszło na odbudowę i rekonstrukcję Berlina i wielu innych niemieckich miast.

— Niemcy są tak przywiązani do tradycji: to, co przed wojną wykonano z tutejszego kamienia, po wojnie też musiało być z niego zrekonstruowane. Chociażby Reichstag... — wspomina Stanisław Sitarz.

Himilsbach na rok

Przy pierwszej wódce żartował, że jest najlepszym kamieniarzem wśród artystów. Po następnych mu się myliło i twierdził, że nie ma lepszego artysty wśród kamieniarzy. Mieszkał w tej samej kamienicy co Krzyż. Nie za długo.

— A wie pan, że marszałek Rokossowski też był tu kamieniarzem? — śmieje się Krzyż.

Gdy dorabiano mu „polski” życiorys, ktoś z Komitetu Centralnego wpadł na pomysł, by zrobić z niego kamieniarza w Strzegomiu. Mistyfikacje wykrył jeden z majstrów na budowie mostu Kierbedzia: powiedział na głos, że z Rokossowskiego jest taki kamieniarz, jak z niego marszałek. Poszedł siedzieć (majster, oczywiście).

Za to Zenon Kiszkiel, jeden z najlepszych fachowców w Strzegomiu, kamieniarzem został przypadkowo. Bo choć ze Strzegomia pochodzi, wcale nie marzył, by „dłubać w kamieniu”.

— 23 lata temu kolega namówił mnie, żeby wspólnie otworzyć własny zakład, bo to „dobry interes”. Tyle że wtedy, w gminie Strzegom i całym województwie wałbrzyskim obowiązywał zakaz otwierania nowych warsztatów kamieniarskich. Towarzysze nie chcieli konkurencji. No to wydzierżawiliśmy zakład w ościennym województwie jeleniogórskim, gdzie zakaz nie obowiązywał. To było w Ujeździe Górnym, raptem 20 km od Strzegomia. Po pięciu latach przenieśliśmy się do Strzegomia... — wspomina Zenon Kiszkiel.

Po kilku latach pojechał do Francji. Podpatrywać. Nauczył się sporo. Przede wszystkim, że musi mieć dobre maszyny, bo inaczej nie dogoni Europy.

— Gdy stawiałem halę pod trak, ludzie śmiali się, że to chyba będzie stodoła — rzeczywiście wielka była jak na ówczesne czasy. Kilka razy większa od tych, które budowano. Ale musiała taka być, bo chciałem do niej wstawić największy w Strzegomiu trak. Gdy ojciec dowiedział się, że kupiłem maszynę, już wówczas wartą tyle co mercedes, załamał ręce — opowiada Kiszkiel.

— Zenek miał wizję, której wtedy ludziom brakowało. Wiedział, że nie da się dłużej tak pracować: na starych maszynach, w małym zakładzie. Gdy mu się udało, inni poszli za jego przykładem. Dziś większość zakładów kamieniarskich to duże firmy, w których 250-300 mkw. płyty poleruje się 8 godzin; kiedyś, a nawet teraz — dajmy na to — na Ukrainie, zajmuje to 30 dni! — mówi o Kiszkielu Franciszek Krzyż, dodając:

— Profesor Tadeusz Kotarbiński w „Traktacie o dobrej robocie” pisał, że by coś robić dobrze, musisz to pokochać. A Zenek pokochał swój fach.

Do więzienia

Za komunizmu granit obłożono podatkiem od luksusu. I choć Strzegom „śpi na granicie”, o niewielką bryłę było wówczas równie trudno jak o niemiecką kawę czy amerykańskie papierosy. Ale jakimś cudem kamieniarze dawali sobie radę.

— Były przydziały... Każdy prywatny warsztat mógł w kamieniołomie kupić najwyżej 9 m sześc. kamienia na rok. Ja dzisiaj w miesiąc przerabiam 300 m sześc.! Raz do roku robiono wtedy przetargi, na których losowano kilka dodatkowych przydziałów. Pamiętam, jak raz na jeden przyjechało 400 kamieniarzy, by licytować 3 przydziały! I choć — teoretycznie — większość roku kamieniarze nie powinni mieć wiele do roboty, w warsztatach aż huczało od pracy. Bo kamieniarze to ludzie twardzi i sprytni, więc i radzili sobie niezgorzej, „organizując” surowiec się na różne sposoby. Kiedyś znajomi kamieniarze jechali do Wrocławia, a tu na bocznicy kilka wagonów z kamieniem stoi. Wielkie bloki granitu, żadnej żyłki — cudo! Znaleźli jakiegoś kolejarza i pytają, dokąd te kamienie jadą. A tu: do jakiegoś więzienia. To skontaktowali się z jego naczelnikiem i odkupywali kamień za grube pieniądze. Bo wtedy kamień był jak złoto — na jednym bloku, po przetarciu i zrobieniu płyt, bo wówczas głównie robiło się nagrobki, zarabiało się średnio 1000 procent ceny surowca! Z klientem nie było kłopotu, bo przez miesiąc przychodziło tylu, że roboty starczało na cały rok — wzdycha Zenon Kiszkiel.

Gdy w 1989 roku padł socjalizm, zrobiło się normalnie, bo kamień można już było kupować, a nie „organizować”. Wolno już było sprowadzać maszyny, eksportować i importować. Branża ruszyła ostro do przodu — i do dziś nie hamuje. Powstały nowe warsztaty, prywatne kamieniołomy, firmy transportowe.

— Kiedyś robiło się dla zmarłych, teraz głównie dla żywych — mówi Kiszkiel.

Nagrobki to już nie interes. Teraz najpoważniejszym klientem jest budownictwo. Miasta z całej Polski zaczęły zamawiać a to krawężniki, a to płyty elewacyjne. Kostkę brukową sprzedaje się wagonami. Małe warsztaty, jeden po drugim zaczęły przeradzać się w małe fabryczki — z suwnicami, wielkimi dźwigami i coraz to nowszymi maszynami.

Kamienna żaba

Adam Ratkowski dłutem umie granit zmienić w ludzi, zwierzęta, rośliny. I w żaby.

Już na oko widać artystyczną duszę: skórzany płaszcz, kapelusz z rondem (nigdy go nie zdejmuje, nawet w knajpie), zarost na twarzy, nieco zaniedbany wygląd. Kiedyś rzeźbił w drewnie, ale stwierdził: za miękkie.

— Kamień lepiej niż drewno czyta moje myśli. Kamień ma duszę, drewno — nie. W kamieniu można oddać lepiej to, co dyktuje wyobraźnia — mówi, zapalając papierosa.

Jego dłonie usiały drobne skaleczenia od kamiennych odprysków. Stefan, jak na artystę przystało, jest buntownikiem. Choć z kamieniarzy żyje, nie mówi o nich dobrze.

— Konserwatyści, zamknięci na pomysły! Liczą tylko pieniądze, nie interesuje ich sztuka.

Nie ma też dobrej opinii o biznesmenach, choć to oni przeważnie są jego klientami: traktują sztukę przedmiotowo.

— 3 miesiące robiłem wielką żabę dla biznesmena z Warszawy. Gdy już prawie ją skończyłem, ten dzwoni i mówi, że w betonie będzie taniej. Cała robota na marne! Pieprzony koneser! — złości się Adam.

Nie on jedyny dostrzegł urok szarego kamienia. Xawery Dunikowski mówił o strzegomskim granicie, że ma duszę. Profesor Gustaw Zemła uparł się, by właśnie z niego wyrzeźbić postać Bronisława Malinowskiego, która stanęła na przełęczy Titla, w Peru — kilkadziesiąt tysięcy kilometrów od Strzegomia. Dokładnie tam, gdzie zaczął budowę linii kolejowej.