Udało mi się zarobić na giełdzie!

Anonimowy Inwestor
opublikowano: 2001-10-22 00:00

Słowo się rzekło — zapowiadałem, że sprzedam akcje PKN Orlen i sprzedałem. Dość tego! Trzeba kiedyś wyjść z inwestycji z zyskiem. Dotychczas byłem tylko i wyłącznie przegrywającym. Postanowiłem więc choć raz dobrze zarobić na inwestycji giełdowej, a były takie możliwości.

Zysk raz już osiągnąłem — na akcjach PGF-u. Był on na tyle mizerny, że nie ma się czym chwalić. Teraz to co innego. Początek ubiegłego tygodnia wprawił mnie w cudowny nastrój. Myślałem, że zapał graczy giełdowych do zakupów po weekendzie nieco ostygnie, lecz znów się myliłem. Od wtorku zaczęły się wzrosty. Postanowiłem, że jeżeli tylko kurs PKN Orlen osiągnie poziom 18 zł, to sprzedaję cały pakiet 120 akcji. Po sesji poniedziałkowej brakowało do tego poziomu tylko 25 groszy.

Akcji pozbyłem się pod koniec sesji, w momencie gdy kurs wynosił już 18,30 zł. Byłem z siebie bardzo zadowolony. Wycofałem z rynku 2196 zł. Mój zarobek wyniósł 2,90 zł na jednej akcji, czyli w sumie 348 zł brutto. Inwestycja w płocką spółkę zwróciła mi się w postaci 18-proc. zysku. Korciło mnie, by akcje PKN przetrzymać jeszcze 2-3 dni, ale nie wierzyłem, że kurs spółki jeszcze ma potencjał wzrostowy. Z drugiej strony, planowałem już zakup innej spółki.

Straciłem zaufanie do PKN Orlen, gdy wokół spółki powstał szum i zamęt informacyjny. Ktoś znów chyba chce łowić naiwne rybki w coraz bardziej mętnej wodzie. Wszystko wydawało się zakończone: płocka panna została wydana za węgierskiego kawalera i pozostawało tylko czekać na pozytywną reakcję rynku na taki szczęśliwy finał sprawy. Tymczasem wychodzi na jaw, że ktoś przeszkadza w tym małżeństwie.

Postanowiłem więc zainwestować w kolejną spółkę. Plan miałem opracowany zarówno na okoliczność spadków, jak i wzrostów giełdowych indeksów. W pierwszym przypadku mogłem zająć krótką pozycję na kontraktach terminowych, grając na bessę. Swoją drogą, zaczynam już rozumieć, o co tu chodzi i jak można sprzedać coś, czego się nie ma. Nadal jednak mnie to fascynuje.

W scenariuszu wzrostów indeksów giełdowych mój plan zakładał kupno którejś ze spółek bliskiej bankructwa. Zauważyłem, że właśnie takie firmy są ulubieńcami spekulantów. Trzeba przyznać, że wizja dużych wzrostów (nawet kilkadziesiąt procent w trakcie jednej sesji) jest niezmiernie kusząca.

W środę postanowiłem zaryzykować i kupić Apexim. Moment był co prawda niefortunny. Dzień wcześniej większość bankrutów mocno zwyżkowała. W tym gronie brakowało jednak Apeximu i zwrócił on moją uwagę. Ciekawa sprawa, ale gdy w następnych dniach rynek zaczął spadać, mój faworyt poszedł pod prąd, a jego akcje mocno zyskały na wartości. Kupiłem 125 akcji (po 17,50 zł), które — na razie — dają mi nieźle zarobić. To mnie bardzo cieszy, ale zdaję sobie sprawę z ogromnego ryzyka inwestycji w plajtującą firmę.

Akcje Apeximu nie będą jednak inwestycją długoterminową. Zwłaszcza że do publicznego obrotu wchodzą nowe kontrakty terminowe na akcje 5 kolejnych firm. Po pierwszej, nieudanej, próbie gry na tym rynku mam ochotę na rewanż. Tym razem chcę znaleźć się po dobrej stronie rynku.

Prawie na zero: Startowałem z 5 tysiącami zł. Po siedmiu tygodniach gry prawie udało mi się odrobić straty. Gdyby nie prowizje, wyszedłbym nawet na plus. Na razie pakiet moich akcji jest wart 4825 zł. Prowizje pochłonęły aż 160 zł.