UE: rząd nie mówi jednym głosem

Mira Wszelaka, Inga Rosińska
23-05-2001, 00:00

UE: rząd nie mówi jednym głosem

Jeszcze kilkanaście godzin temu wydawało się, że polski rząd podjął wreszcie decyzję o wycofaniu się z wcześniej postulowanej daty członkostwa w 2003 r. na rzecz 2004 r. W uzasadnieniu, jakie podał w imieniu rządu dzień przed wizytą w Brukseli Jacek Saryusz-Wolski, szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, bezpośrednią przyczyną zmiany były coraz bardziej widoczne opóźnienia w negocjacjach.

Tymczasem wizyta polskich władz w Brukseli rozpoczęła się od niemałej niespodzianki. Oto premier Jerzy Buzek zaskoczył wszystkich stwierdzeniem, jakoby informacja o wycofaniu się z daty 2003 r. nie pochodziła z jego gabinetu. Jest to tym bardziej dziwne, że niefortunna konferencja szefa UKIE prowadzona była przez… Krzysztofa Lufta, rzecznika rządu.

Wypada tylko zadać pytanie, czy czasami nie tylko w negocjacjach z Unią i nie tylko na najwyższych szczeblach władzy państwowej Polska nie przypomina wieży Babel, gdzie każdy mówi własnym językiem. Tymczasem brak wspólnego stanowiska w tak ważnej kwestii z pewnością nie przysłuży się dobrze wiarygodności naszego kraju nie tylko w negocjacjach z Unią, ale także jej wizerunkowi na arenie międzynarodowej.

Jak na razie Komisja Europejska ze spokojem znosi polskie manewry w sprawie daty i powtarza, że i tak podąża według swojej „mapy drogowej”. Według jej przedstawicieli, przy pewnej dozie szczęścia wejdziemy do UE w roku 2004, przy mniejszej w 2005, a według wersji dla Polski wyjątkowo niekorzystnej nawet w 2006 r. W dodatku z powodu dat pozostał niemal niezauważony przez zachodnią prasę głos premiera w niezwykle ważnej dla Polski sprawie wielomiliardowej pomocy, jaką mogą otrzymać polskie regiony po wejściu do Unii.

Należy tylko mieć nadzieję, że odpowiadający za poszczególne dziedziny negocjacji polscy urzędnicy nie ulegną ogólnej atmosferze i będą dalej pracować co najmniej w takim tempie, jak do tej pory. W bardzo dla nas ważnym jesiennym raporcie na temat postępów kandydatów do Unii nikt nie będzie oceniał Polski z powodu naszego poglądu na sprawę dat, ani też na wynik wyborów parlamentarnych, tylko za bardzo konkretne działania w celu poprawy polskiej gospodarki. Do wyborów pozostało jeszcze sporo czasu. Członkowie rządu, opozycja i parlamentarzyści wszystkich opcji — zamiast zajmować się datami — powinni przypilnować, aby ten czas nie był dla Polski zmarnowany.

Teraz Polska musi zewrzeć szeregi i zrobić wszystko, by udowodnić, że data 2003 nie jest nierealna. A jeżeli mimo to ześliźniemy się do roku 2005, jak przewiduje krajowy biznes, to po wyborach do parlamentu europejskiego polscy euro-deputowani będą zasiadać na ławkach rezerwowych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mira Wszelaka, Inga Rosińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / UE: rząd nie mówi jednym głosem