UE twardnieje w rokowaniach

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2002-11-08 00:00

Kończy się pierwszy tydzień prawdziwych negocjacji akcesyjnych Polski z Unią Europejską. Prawdziwych, bo toczone są normalne rozmowy twarz w twarz, gdy tymczasem kilkuletnie rokowania dotyczące kolejnych branż (zwanych „obszarami negocjacyjnymi“) polegały raczej na wymianie zmienionych wersji dokumentów. Negocjacje branżowe toczą się zresztą nadal, dotyczą kwestii sprawiających największe trudności, czyli rolnictwa i sfery konkurencji, w tym interwencji państwa w gospodarkę. Przede wszystkim jednak tematem rozmów są pieniądze, w tym zwłaszcza przyszłe globalne rozliczenia Polski z budżetem unijnym.

I stało się coś, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się całkowicie niemożliwe. Otóż nie jest już dzisiaj wcale pewne, że Polska na wejściu do Unii zarobi, a przynajmniej, że stanie się to od razu. Nikt tego jeszcze nie powiedział wprost. Przeciwnie, nadal padają gromkie stwierdzenia, że nie będziemy wobec Unii „płatnikiem netto”. Ale analiza tego, co w negocjacjach proponuje Unia, prowadzi do wniosku, że w pierwszym-dwóch roku członkostwa Polski w Unii nasz rząd może napotkać spotęgowane problemy z płynnością budżetową. Innymi słowy, sposób rozliczeń z UE stworzy rządowi tak dobrze znany każdemu głównemu księgowemu rozziew między sytuacją memoriałową a kasową. Ta pierwsza będzie prezentować się korzystnie, podczas gdy w kasie państwa brakować będzie okresowo gotówki — to na płace dla wojska i policji, to na dotacje dla gmin, to na dopłaty do zusowskich emerytur i rent. I jak przeciętna rodzina przed pierwszym, rząd będzie musiał pożyczyć na przetrwanie, tyle że poziom tego typu pożyczek już dzisiaj jest niebezpiecznie wysoki.

Gdy przystępowano do tej rundy rozmów, wstępny bilans rysował się tak: składka członkowska Polski wyniesie jakieś 2,5 mld EUR, więc sami chcielibyśmy inkasować co najmniej 3,5 mld EUR. Ta druga kwota szybko okazała się nierealna, gdyż Unia nie będzie miała tylu pieniędzy do wydania, a co gorsza — nawet tego, co będzie, Polska może nie być zdolna skonsumować. Ratunkiem byłoby zmniejszenie składki, ale o tym UE nie chce nawet słyszeć, słynny „rabat brytyjski” po wsze czasy ma pozostać wyjątkiem. Pojawiło się w tym miejscu pojęcie unijnej rekompensaty, swoistego datku mającego choć trochę podratować zachwiany bilans. Jednak składkę mielibyśmy opłacać z góry, a okrojona pomoc i wszelkie rekompensaty zobaczylibyśmy poźniej.

Nikt z rządu dotąd nie powiedział: jeśli nie dopłacą, to poczekamy kilka lat. Chyba w ogóle nikt nie bierze pod uwagę opóźnienia członkostwa w UE. Pozostaje jednak otwarte pytanie, czy warunki akcesu, które wymierne korzyści odsuwają na dalsze lata, zostaną zaakceptowane przez społeczeństwo?