Ukraina poznaje przyjaciół w biedzie

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2014-03-07 00:00

Odpowiedź Zachodu na konflikt rosyjsko-ukraiński ma prawo budzić uśmiech politowania wśród Ukraińców.

Przyjaciele z Europy i Ameryki teoretycznie wywiązali się z sojuszniczego obowiązku — oferują finansową pomoc i nakładają sankcje na Rosję, jednak w praktyce to tylko działania fasadowe. Przywódcy Unii Europejskiej zaproponowali rządowi w Kijowie wsparcie finansowe, ale takie, które może zostać uruchomione „w ciągu kilku miesięcy”, tymczasem Ukraina już traci płynność i przestaje regulować zobowiązania. Ponadto UE wykłada na stół „do 15 mld USD” pożyczek rozłożonych do 2020 r., tymczasem rząd Ukrainy szacuje swoją dziurę w budżecie na 35 mld USD w najbliższych dwóch latach.

Jeszcze bardziej rozbrajająca wydaje się reakcja rządu USA. Prezydent Barack Obama poinformował wczoraj, że wprowadza sankcje na osoby i instytucje odpowiedzialne za podważanie demokracji na Ukrainie. Sankcje mają dotyczyć głównie ograniczeń wizowych i „rozważane będą dalsze kroki, jeśli sytuacja się zaostrzy”. Czy fakt, że Władimir Putin, Wiktor Janukowycz oraz parę innych wysoko postawionych osób na Kremlu i Krymie nie dostanie wizy do USA, wystarczy, by Rosja wycofała swoje wojsko z terenu Ukrainy? Gdyby Ukraińcy mieli jeszcze nastroje do żartów, pewnie mieliby z deklaracji przyjaciół z Zachodu niezły ubaw.

Można się natomiast spodziewać, że wkrótce sankcje zacznie wprowadzać też Rosja i będzie w nich bardziej stanowcza niż Zachód. Niestety, wiele wskazuje na to, że jednym z celów tych sankcji będzie Polska, a konkretnie polskie firmy eksportujące do federacji towary. Rosyjska służba weterynaryjna (i inne instytucje realizujące politykę gospodarczą Kremla) wprowadzała nam embarga już przy znacznie mniejszych tarciach politycznych niż to wokół Krymu. Polski eksport do Rosji wyniósł w 2013 r. 10,8 mld USD, czyli 5,3 proc. całej naszej zagranicznej sprzedaży. Nawet gdyby nastąpiło załamanie sprzedaży, naszą gospodarką to nie zachwieje, ale dla tysięcy polskich przedsiębiorstw będzie oznaczać duże, realne straty, a jakaś grupa pracowników straci zatrudnienie.

Mamy jednak sporo szczęścia — problemy w polskim handlu na Wschodzie przychodzą w najlepszym możliwym momencie. Coraz mocniej ożywia się bowiem popyt ze strefy euro, czyli od naszego głównego partnera handlowego. Wczorajsze dane pokazały, że nowe zamówienia w niemieckim przemyśle wzrosły o 8,4 proc. rok do roku (wyżej, niż oczekiwano), co jest najlepszym wynikiem od dwóch i pół roku. Do Niemiec eksportujemy pięciokrotnie więcej niż do Rosji, w dodatku głównym odbiorcą za Odrą jest właśnie przemysł. Wschodni rynek pomógł polskiej gospodarce przetrwać recesję w strefie euro, ale teraz nie jest już aż tak kluczowy dla utrzymania wzrostu gospodarczego. Rosnący popyt z Zachodu powinien nam zrekompensować z nadwyżką straty poniesione na handlu wschodnim.