Ukryte zagrożenie dla eurogospodarki

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 24-10-2011, 00:00

Obecne problemy strefy euro to tylko wierzchołek góry lodowej. Z tym, co jest pod wodą, ciągle nikt nie walczy.

Największym zagrożeniem dla strefy euro w dłuższym terminie jest nie kryzys bankowy czy fiskalny, ale nierównowaga w przepływie kapitału między poszczególnymi krajami wspólnoty. Takiego zdania jest Thomas Mayer, główny ekonomista Deutsche Bank Group. — Problemy dotyczące wypłacalności rządów czy zagrożenie dla europejskiego sektora bankowego to wierzchołek góry lodowej. Widzimy je doskonale, bo wystają ponad powierzchnię wody. Inny duży problem, który na razie jest ciągle schowany pod taflą i będzie się dopiero wyłaniał, to problem bilansów płatniczych — ostrzegał Thomas Mayer w czasie konferencji zorganizowanej przez Narodowy Bank Polski. Pod względem przepływu kapitału strefa euro podzielona jest na dwie grupy krajów — północne i południowe. Te pierwsze, zwłaszcza Niemcy, utrzymują permanentne nadwyżki bilansu płatniczego. Do tych gospodarek napływa więcej kapitału, niż z niego odpływa (głównie dlatego, że więcej eksportują, niż importują) — dla nich bowiem euro jest relatywnie słabe. Kraje południa mają natomiast deficyty w bilansie płatniczym, bo głównie importują towary i usługi, a więc oddają krajom północy kapitał. — Takiego stanu rzeczy nie da się utrzymać w nieskończoność.Problemy fiskalne Grecji i innych krajów to pierwsze oznaki, że ta nierównowaga coraz mocniej odbija się na gospodarce — przekonuje Thomas Mayer. Co można zrobić? Sposoby równoważenia przepływów kapitałowych są dwa. — Pierwszy: kraje południa doświadczają szeroko pojętej deflacji, a więc spadku cen aktywów i wynagrodzeń, co podnosi konkurencyjność tych gospodarek, ale jest dla nich bolesne. Drugi sposób: kraje północy zgadzają się na podwyższoną inflację, co z kolei obniża ich konkurencyjność. W krajach tych pojawią się jednak pytania, czy o taką unię monetarną nam chodziło — zaznacza Thomas Mayer. Dodaje, że wyzwaniem dla polityków na najbliższe lata będzie znalezienie złotego środka między tymi drogami. Jourgen Stark, wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego (ECB), przekonuje, że będzie to możliwe tylko dzięki wprowadzeniu rządu gospodarczego Eurolandu. — Niezdrowa grzeczność polityków się nie sprawdziła — mówi Jourgen Stark. Jean Pisani-Ferry, dyrektor instytutu Bruegel, dodaje, że jest to też rola samego ECB. — Obecnie celem inflacyjnym dla ECB jest 2 proc. średnio w całej strefie euro. Żeby dążyć do równowagi, bank powinien prowadzić taką politykę monetarną, by na południu inflacja była poniżej tych 2 proc., a na północy powyżej — przekonuje ekonomista.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy