Chociaż decyzja o odejściu Marii Wiśniewskiej ze stanowiska prezesa Pekao SA jest nie do końca zrozumiała, to trzeba się niestety zgodzić z faktem, że świętym prawem właściciela jest dokonywanie zmian, również w dobrze funkcjonującym zarządzie firmy. Rzadko, niestety zdecydowanie zbyt rzadko, przychodzi nam żegnać starego (przepraszam Panią Prezes, ale przecież wiadomo, że nie wiek mam na myśli) i witać nowego prezesa w takich okolicznościach. Bank funkcjonuje naprawdę nieźle (co najmniej), jego akcje są ponad dwa razy więcej warte niż w dniu debiutu przed kilku laty, procesy restrukturyzacyjne zostały praktycznie zakończone, nie ma żadnych afer i skandali. Czego można oczekiwać więcej w naszej rzeczywistości? Niczego. Ale nawet jak na standardy światowe, Pekao SA, mimo niewielkich rozmiarów, zorganizowane jest po prostu dobrze.
W tej sytuacji można mieć przekonanie, graniczące z pewnością, że Pani Maria Wiśniewska poradzi sobie z nowymi zadaniami, jakie życie postawi na jej drodze. Czy takie przekonanie można mieć w przypadku jej następcy na fotelu prezesa, byłego premiera, Jana Krzysztofa Bieleckiego? Wielu komentatorów, mniej lub bardziej otwarcie, powątpiewa w to. Podnoszony jest brak doświadczenia w bankowości, zbyt mała praktyka w zarządzaniu dużymi organizacjami gospodarczymi, wyraźne konotacje polityczne. Jestem przekonany, że Jan Krzysztof Bielecki dosyć szybko rozwieje te obawy. Jego zadanie jest jednocześnie i łatwe, i trudne. Łatwe, bo wchodzi w dobrze zorganizowany organizm, i — przynajmniej w pierwszym okresie — wystarczy niczego nie popsuć, by wszystko funkcjonowało jak należy. Trudne, bo z pewnością każdy jego ruch, każde posunięcie, będzie oceniane na tle jego poprzedniczki, niekwestionowanej liderki.
A co do doświadczenia. Stosunkowo niedawno gazety popularne cytowały oryginalne ogłoszenie, nadając mu większy nawet wydźwięk niż chciał jego nadawca, w którym pracodawca poszukiwał młodej (maksymalnie 24 lata), długonogiej blondynki, ze znajomością czterech języków obcych i minimum dziesięcioletnim doświadczeniem w pracy na stanowisku asystentki zarządu. Nie wiem, czy, mimo dodatkowej reklamy, ogłoszeniodawca dostał satysfakcjonujące oferty — ale mam co do tego poważne wątpliwości. Idąc tym tropem, Bielecki nie jest aż taki młody, nie jest długonogą blondynką, czterech języków też pewnie nie zna, no i dziesięciu lat doświadczenia na stanowisku prezesa banku też nie ma. Czy to naprawdę oznacza, że nie może zostać prezesem Pekao SA? Gdyby tak miało być, obracalibyśmy się nieustannie w tym samym, zamkniętym gronie osób. Chociaż nie, ich też by nie było, bo kiedyś przecież musieli zaczynać. I był ten pierwszy raz.