Jak wiadomo, Unia Europejska przekazuje do dyspozycji krajów członkowskich pule środków, mających zasilać rozwój ich gospodarek. Nadrzędnym celem jest wyrównanie poziomu całej Unii i, co się z tym wiąże — prześcignięcie pod względem gospodarczym Stanów Zjednoczonych.
Nie jest też tajemnicą, skąd pochodzą środki na programy wsparcia. Oczywiście ze składek krajów członkowskich. Mechanizm wygląda mniej więcej tak: najpierw członkowie elitarnego klubu płacą składki, później wylicza się, ile wolnych pieniędzy zostanie po pokryciu kosztów funkcjonowania klubu, a na koniec nadwyżki oddaje się członkom. Nie dzieli się ich jednak proporcjonalnie do wielkości składki, ale potrzeb gospodarczych.
Po co tyle zamieszania? Unia chce mieć pewność, że niższe wpływy ze składek najsłabiej rozwiniętych krajów są inwestycją, a nie kosztem. Nic dziwnego. Dlatego też pieniądze z funduszy strukturalnych mogą być wydawane wyłącznie po ścisłych konsultacjach z brukselskimi urzędnikami. Niestety jednak teoria i praktyka nie zawsze chodzą w parze. I tak też oszczędna Bruksela patrzy spokojnie, jak państwa akcesyjne wydają mnóstwo pieniędzy, aby uporać się z wdrożeniem systemu EDIS do zarządzania resztką funduszy przedakcesyjnych Phare, który to miał je nauczyć gospodarności i oszczędności. Co jeszcze ciekawsze, mimo że żaden kraj nie poradził sobie w porę z tym systemem, nie przeszedł więc swoistego treningu, wszystkie dobrze sobie radzą w międzynarodowych zawodach, do których zostały dopuszczone przez Brukselę, czyli funduszach strukturalnych. Ciekawe więc, kiedy Bruksela dojdzie do wniosku, że przeciąganie gry w EDIS nie jest warte świeczki.