Wręcz odwrotnie — to sygnał, że nie było szans na osiągnięcie porozumienia. 13 lipca podczas debaty Eurolandu nad przyszłością Grecji przewodniczący Donald Tusk przetrzymał uczestników do oporu, co rano poskutkowało porozumieniem. 16 października zdawał sobie natomiast sprawę, że nie ma mowy o zgodzie i sam zaproponował, by szefowie państw i rządów udali się z gmachu Justus Lipsius prosto na lotnisko. Nie wykonali przecież własnych ustaleń nadzwyczajnego szczytu z 23 września i nie zadeklarowali wpłat na fundusz wspierający uchodźców, który miałby sięgnąć 2,3 mld EUR. Komisja Europejska chce dołożyć 1,7 mld EUR, ale na razie nie ma do czego.

Słownie oczywiście wszyscy popierają plan współpracy UE z Turcją, która jest państwem kluczowym dla zatrzymania ludzkiej fali. Jednak wobec braku porozumienia unijna centrala nie wie co powiedzieć Turcji, która szacuje dotychczasowe wydatki na uchodźców już na 7 mld EUR. Do Ankary pojechała wystraszona sytuacją Niemiec kanclerz Angela Merkel, ale niewiele osiągnęła. Notabene prezydent Recep Tayyip Erdoğan sprytnie wykorzystuje okazję do ożywienia martwych ostatnio negocjacji akcesyjnych. W każdym razie samouspokojenie z zatrzymania imigrantów w Turcji, które na zakończenie skróconego szczytu w Brukseli zgodnie zaprezentowali przewodniczący Jean-Claude Juncker i Donald Tusk, to czyste chciejstwo.
Szczególnie naiwna jest wiara polityków w efektywność punktów weryfikacji uchodźców na wybrzeżach Włoch i Grecji, czyli tzw. hot-spotów.
Niedawno z bliska przyjrzałem się realiom na styku Azji z Unią Europejską. Z tureckiego wybrzeża koło Bodrum widać grecką wyspę Kos, gdzie wiszą unijne flagi ze złotymi gwiazdkami. Rejs promem wychodzi w jedną stronę 7,50 EUR, ale dla uchodźców na pontonach to odległość wręcz galaktyczna. Zdradliwe morze regularnie pochłania ofiary, a szczęśliwcy po przepłynięciu koczują pod flagą UE w małych namiotach na betonowym nabrzeżu portu Kos. To nie żaden hot-spot, lecz dzikie obozowisko, całkowicie wymykające się ustaleniom z Brukseli.
Poczyniłem tam obserwacje dla potrzeb kampanii wyborczej w Polsce. Wśród beznadziejnie oczekujących na zmianę losu śniadych imigrantów 95 proc. to rzeczywiście młodzi mężczyźni. Z trudem zachowują elementarną higienę, ale wyglądają na zdrowych. Pytanie o ewentualne przemieszczenie, w ramach kontyngentu unijnego, do Polski wywołuje ich zdumienie i kategoryczny sprzeciw. Nie bardzo wiedzą, gdzie ta nasza Bolanda leży, ale mają doskonałe rozeznanie, że u nas słaby socjal. Interesują ich wyłącznie Niemcy, nie myślą nawet o Wielkiej Brytanii czy państwach skandynawskich. Wszystko co po drodze traktują jedynie jako szybki tranzyt. Dlatego wszelkie kłótnie wyborcze w Polsce są bez sensu — niezależnie od liczby przyjętych w naszych ośrodkach imigrantów, wszyscy będą czuli się zawsze więźniami, owładniętymi tylko myślą uchodźstwa za Odrę i Nysę.