Unijne zawody

Wojciech Surmacz
opublikowano: 06-06-2003, 00:00

Najpierw piekielnie trudne egzaminy: dwa w Polsce, jeden w Brukseli. Będą wyglądać jak zombi. A jeśli się powiedzie, to każdy dostanie numerek (niby robot!) i ostro się naharuje, by co miesiąc przynieść do domu kilka tysięcy euro. Taki los zgotowała Unia Europejska ponad 2 tysiącom polskich urzędników.

Urzędnicy Unii Europejskiej dzielą się na kategorie A, B, C i D. Do tego należy dołożyć oddzielną dla tłumaczy — LA. W każdej jest kilka stopni wtajemniczenia, czyli cyferki od 1 do 8 (oznaczają poziom zatrudnienia). Można awansować pionowo — np. z D4 do D3, można i poziomo — np. z B do A. Jedna z osób aplikujących na A8 powiedziała nam, że wśród unijnych pracowników nie ma podziałów kulturowych, narodowościowych czy rasowych, tylko cyfry i litery. Dla wielu Polaków szczególnie imponujące są właśnie cyfry — w domyśle: zarobki. Zatrudnieni w instytucjach UE mieszczą się w widełkach 2,5 tys.-15 tys. EUR. To wynagrodzenia podstawowe, a jeszcze bonusy... Jest o co walczyć!

Przed tygodniem Europejskie Biuro ds. Selekcji Personelu Instytucji Unii Europejskiej — EPSO (European Personnel Selection Office — www.europa.eu.int/epso) ogłosiło w 10 państwach kandydujących konkurs na rekrutację pierwszej grupy pracowników Komisji Europejskiej.

— Mam nawet dokładne liczby — chwali się Marian Stasiak, p.o. dyrektora Departamentu Kształcenia Europejskiego w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej.

Komisja chce przyjąć niebawem (po podpisaniu traktatu akcesyjnego) 1341 urzędników kategorii A8 z wszystkich państw kandydujących. Na Polskę czeka mniej więcej 305 miejsc. Konkurs dotyczy też grupy C (stanowiska C4-C5): ogółem 1620 osób, w tym 460 z naszego kraju. EPSO poszukuje też tłumaczy asystentów (LA8): po 135 z każdego państwa. W sumie Komisja Europejska ma zamiar — w ciągu 7 lat od rozszerzenia UE — przyjąć do pracy około 4 tys. osób z nowych państw członkowskich (prawie 1,5 tys. Polaków).

— EPSO przewiduje, że pełne zatrudnienie we wszystkich instytucjach unijnych wzrośnie o 5,1 tys. posad. Z tego 39 proc. stanowisk przypadnie polskim obywatelom — deklamuje Marian Stasiak.

Po przyjęciu zakwalifikowanych w pierwszym etapie, EPSO będzie urządzać konkursy sukcesywnie — aż do obsadzenia całej puli miejsc dla pracowników z nowych państw członkowskich. Do rywalizacji może przystąpić każdy obywatel Polski, spełniający kryteria określane w poszczególnych ogłoszeniach. Rekrutacja konkursowa dotyczy niższych stanowisk. Podstawą obsadzania funkcji klasy A1 (np. dyrektorzy biur) staną się propozycje państw członkowskich.

— Czyli klucz polityczny?

— Każdy rząd zgłosi kandydatury. Osoby na stanowisko komisarza desygnuje bezpośrednio. Ludzi na stanowiska dyrektorów generalnych (kat. A1) też zaproponuje, ale Unia podda ich jednak odpowiedniej procedurze konkursowej. Dlatego niekoniecznie mówimy o osobach „politycznie zorientowanych”. Muszą być one przede wszystkim kompetentne — odpowiada Marian Stasiak.

Rekrutacja organizowana przez EPSO składa się z wielu etapów. Wstępna selekcja to etap I — test pisemny w językach obcych (do wyboru: angielski, niemiecki i francuski). Drugi? Nie wiadomo... Marian Stasiak nie podaje więcej szczegółów, bo — jak mówi — sam nie wie. Wie natomiast, że pierwsze dwa etapy czekają chętnych w Polsce. Na ostatni, III etap (egzamin ustny) pojadą do Brukseli.

— Kto aplikował, co będzie na testach, z czego się przygotowywać? I tego nie wiemy! Mnóstwo ludzi do nas dzwoni, ma o to pretensje. A przecież to wszystko owiewa tajemnica organizatora, czyli EPSO — skarży się Marian Stasiak.

— Przejrzałam pewną liczbę testów, ale nie wyrobiłam sobie jednolitego poglądu. Hmm... Na różne stanowiska różnie to wygląda — Anna Ostrowska, kierownik Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, wydaje się zorientowana — i to dość dobrze.

Według niej, unijne testy sprawdzają dość wszechstronnie umiejętności kandydata na urzędnika. Trzeba też skutecznie radzić sobie ze stresem — racjonalnie planować czas rozwiązywania zadań. Bez względu na profil stanowiska Unia sprawdza elementarny zasób wiedzy o historii integracji, instytucji europejskich, unijnej struktury, porządku prawnego. Przyda się też znajomość podstawowej statystyki europejskiej — dobrze by było przynajmniej otrzeć się o EUROSTAT. Potem — w zależności od profilu przyszłego zatrudnienia — padają bardzo szczegółowe pytania, dotyczące np. rynku europejskiego, konkurencji. I to dużo pytań! Trzeba też przeczytać modelowy dokument, bardzo szybko go streścić i wyciągnąć konkretny wniosek. Można się też spodziewać, że kandydaci dostaną jakiś „draft”, w którym należy wyłapać błędy. Po to, by egzaminatorzy się przekonali, czy ktoś potrafi szybko zaznajomić się z urzędowym tekstem i wie, o co w nim chodzi. A podobno w przypadku unijnych papierów nie jest to takie proste...

— Widziałam ludzi podczas „komisyjnych” egzaminów. Wyglądali zupełnie jak jacyś zombi. Sprawiali wrażenie, że bardzo długo, w pocie czoła pracują, by tam się dostać. Znam Holendrów, Belgów... Ludzi, którzy przeszli egzaminy do KE. To naprawdę potwornie intensywny, wyczerpujący proces! Trzeba się do niego porządnie przygotować, bo i potem trzeba ostro harować — wcale nie żartuje Anna Ostrowska.

— Koneksje? W unijnej rekrutacji? Jeżeli już, to tylko w dostępie do informacji. Dam panu przykład: tzw. departament personalny UE w Luksemburgu nie tak dawno uświadomił sobie, że potrzebuje konsultacji — opowiada kierownik Centrum Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim.

A wszystko przez to, że — jak mówi pani Anna — unijni urzędnicy boją się rozszerzenia, boją się nowych ludzi, „tych dzikusów”: Estończyków, Łotyszy, Litwinów i Polaków też. Tak słyszała od znajomych z Brukseli. Dziwi ją to i zastanawia, bo przecież dla takiego, dajmy na to, Francuza nie powinno mieć znaczenia Estończyk czy Fin — o obu nie wie dokładnie nic! Ale Szwedów się w Unii nie bali, a Łotysze — budzą lęk. Według Anny Ostrowskiej, wszystko przez to, że wciąż krąży po Europie koncepcja podziału na dziki Wschód i cywilizowany Zachód. Rychła integracja wywołała więc popłoch wśród europejskich administratorów. Ogłoszono przetarg na „multikulturowe” szkolenia dla pracowników instytucji europejskich, by ich „przetresować” na okoliczność, kto to są ci nowi, gdzie leżą ich kraje, jakie mają stolice, religie, języki (oczywiście obyło się bez takich kursów na przykład przy okazji rozszerzenia o Austrię, Finlandię i Szwecję). Projekt nazywa się ODAN.

— Ta historyjka to dowód dyskryminacyjnego myślenia o krajach kandydujących. U nas o przetargu nikt nie wie! Wiadomość, że jest i można w nim startować, dostałam od znajomej z Londynu. Wiem, że wystartowały firmy zachodnie, ale z Polski — chyba żadna. Gdyby pan poszedł do UKIE i zapytał o ODAN, to ciekawa jestem, czy by coś wiedzieli... — pyta z pretensją w głosie kierownik CE UW.

Dodaje, że bardzo podobnie dzieje się z informacjami o pracy w strukturach UE. Można je znaleźć albo kopiąc nieustannie w sieci komisyjnej (co niełatwe), albo utrzymując kontakty z ludźmi, którzy w Unii po prostu żyją. Jednym słowem: szybkie zdobycie wiadomości o nowych konkursach EPSO to wcale nieprosta operacja.

— Brak informacji? Raczej nie podzielam tego poglądu — zaprzecza Karolina Rokicka, studentka Kolegium Europejskiego Natolin.

— Są oficjalne sajty, tam trzeba szukać, być na bieżąco... Czy słyszałam o konkursie, ogłoszonym przez KE? O nim właśnie myślę, rozmawiając z panem! Mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na pierwszy dzień komunikatu w sieci... — rzuca.

Warszawskie Kolegium Europejskie Natolin działa jako drugi kampus Kolegium Europejskiego z Brugii. Jak w Belgii, tak i w Polsce szkoli się tam przyszłych urzędników Zjednoczonej Europy.

— Mamy studentów z około 30 krajów Starego Kontynentu. Uczymy osoby z krajów kandydujących i państw członkowskich — mniej więcej pół na pół. Wszyscy posługują się wyłącznie angielskim i francuskim. Wiek słuchaczy nie może przekraczać 30 lat. Studia są roczne, podyplomowe — wyjaśnia Kalina Waltenberger z KEN.

W natolińskim koledżu studiuje kilkunastu Polaków. Wśród nich Karolina Rokicka, prawniczka. Pisze już trzecią pracę magisterską z Unii Europejskiej. Rozmawiamy przez telefon. Szybko! Jest sesja!

— Interesuje mnie praca w jednym z dyrektoriatów generalnych Komisji Europejskiej. Na początek staż... Konkretnie? To się chyba na polski tłumaczy Dyrektoriat Wymiaru Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych. Ale to też nie do końca tak, że ja koniecznie chcę tam! Komisja... Daje szansę... Mamy z niej nie korzystać?! — Karolina coraz bardziej się spieszy.

Podobnie zresztą jak Leszek Mickiewicz, tegoroczny oficjalnie wybrany lider studentów KEN. Polak wychowany na obczyźnie. W telefonie słychać nieco łamaną polszczyznę. Mówi, że dosłownie za chwilę wychodzi, ale parę minut pogada. Nie chce konkretnie określać, gdzie chciałby pracować. Wiadomo — dzisiaj trzeba być elastycznym. Zajmował się organizacjami pozarządowymi, interesują go prawa człowieka...

— Spędziłem większość życia na podróżach z kraju do kraju. Wyjechałem stąd z rodzicami w 1982 roku. Dla mnie praca w krajach Unii to rzecz zupełnie naturalna. Jedno jest pewne: musimy się jak najszybciej nauczyć pływać w tych urzędowych realiach unijnych — podkreśla Leszek.

— Liczy się przede wszystkim praktyka, dlatego chciałabym najpierw dostać staż — dodaje Joanna Mieszała. — Nie udało mi się go uzyskać w komisji, więc może w parlamencie? — mówi z nadzieją.

Chciałaby pracować w Departamencie Stosunków Zewnętrznych Komisji Europejskiej. Dlaczego tam? Bo dla niej najważniejsze, że będzie mogła robić naprawdę to, czego chce. To byłaby świetna kontynuacja jej poprzednich studiów — europeistyki w Poznaniu na Wydziale Prawa i Administracji UAM.

Anna Ostrowska nie obawia się drenażu wysoko kwalifikowanej polskiej kadry urzędniczej. Od kilku lat ma dojmujące przeświadczenie, że spora część polskiej kadry, która znajdzie się w instytucjach europejskich, już jest tam na miejscu — to Polacy, którzy studiują na Zachodzie, skończyli tam studia, mieszkają tam. Ukończyli uniwersytety w Brugii, Florencji itp. I już od kilku lat planują pracę w urzędach UE.

— To prawda. Mam wielu znajomych w Brukseli — myślą podobnie. Co ciekawe, dla ludzi z naszego regionu Europy wytworzył się tam spory rynek pracy. Polskim urzędnikom dużo łatwiej dziś dostać pracę w Unii niż ludziom z obecnych państw członkowskich — potwierdza Leszek Mickiewicz. Już musi kończyć, biegnie na egzamin.

— Wcale mi nie chodzi o to, by tylko wyjechać z kraju i ciach! Jeżeli będę mogła pracować w Polsce, to nie ma sprawy! W UKIE też jest dział prawny i tam się mogę zatrudnić. Tylko niech mi to ktoś umożliwi! — w głosie Karoliny słychać bunt.

Także Joanna Mieszała nie chce za wszelką cenę wyjechać za granicę, a tym bardziej — zostać w innym kraju.

— Chcę tam popracować, zdobyć doświadczenie i wrócić tutaj... Do kraju... — podkreśla.

A Marian Stasiak uważa, że drenażu urzędników może się obawiać np. Malta albo Cypr — ze względu na skromną liczbę specjalistów w sprawach unijnych. Z Polski nie wszyscy pracownicy administracji publicznej będą mogli wyjechać — chociażby ze względu na ograniczenia rodzinne. Nie każdy może pojechać do pracy w Brukseli, Luksemburgu i Strasburgu...

— A Pan?

— Ja już przekroczyłem limit. W moim wieku idzie się w UE na emeryturę — uśmiecha się pod nosem p.o. dyrektora w UKIE.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Unijne zawody