„Puls Biznesu”: Wycofał się Pan z wielkiego biznesu, zajął działalnością charytatywną. Poza kontrowersyjną sprawą Optimusa, która wlecze się niemiłosiernie, odetchnął Pan chyba od kontaktów z administracją.
Roman Kluska: — Nie do końca... Poza działalnością charytatywną prowadzę też gospodarstwo rolne, hoduję owce. Obsiałem zbożem prawie 10 hektarów. W zimie wystąpiłem do urzędu gminy o zgodę na postawienie silosa na ziarno. Odmowną decyzję umotywowano tym, że budowa silosa nie służy rozwojowi mojego gospodarstwa... Zadaję sobie pytanie: czy mieszkaniec Polski pozostaje jeszcze wolnym obywatelem, czy tylko ubezwłasnowolnionym niewolnikiem dla mnóstwa urzędników? Czy prawo ma służyć obywatelowi, czy też z premedytacją jest tak skonstruowane, aby w każdej sytuacji urzędnik miał przewagę nad obywatelem?
Panie Prezesie, czy Pan nie przesadza?
— Nie. Kiedy moja sprawa stała się głośna, stałem się powiernikiem przedsiębiorców z całego kraju, którzy dzwonią i piszą o swoich nierównych bojach z urzędnikami skarbowymi czy innymi przedstawicielami państwa. Tych spraw jest tyle, że nie mogę się nawet ze wszystkimi zapoznać. Przedsiębiorcy w Polsce muszą obecnie walczyć na dwóch frontach: nie tylko na coraz trudniejszym konkurencyjnym rynku, ale i z wszechobecną biurokracją oraz korupcją. I — na razie — w walce tej znajdują się na straconej pozycji. Powód? Nieprecyzyjne prawo, które sprawia, że z kogoś, kto jest uczciwy i nie chce zawierać nieczystych kompromisów, można bez większych problemów zrobić przestępcę. Moje doświadczenia tylko to potwierdzają.
A propos tych doświadczeń: informując w lutym 2003 r. opinię publiczną o kulisach swego zatrzymania, opisywał Pan inny incydent z czasów rozkwitu Optimusa, kiedy to w ostatniej chwili udało się uniknąć zapłaty wielomilionowej należności podatkowej. Słyszeliśmy, że zdarzyła się jeszcze jedna podobna historia na początku lat 90.?
— Tak. Optimus przy produkcji komputerów korzystał z elementów od wielu dostawców. W pewnym momencie w magazynie skończyły się nam jakieś plastikowe złączki, których brak wstrzymywał całą produkcję. Partia tych elementów utknęła na lotnisku w Ostrawie. Słowacki kierowca na własną rękę przywiózł ją do nas, do Nowego Sącza, za co chciał 100 czy 200 marek. Powiedział kategorycznie, że nie odda tych złączek, jeśli nie dostanie pieniędzy. Nakazałem księgowej zakup marek i zapłatę należności kierowcy. Po kilku latach kontrola z urzędu skarbowego uznała mnie za poważnego przestępcę, gdyż poleciłem wypłatę waluty obcej na terytorium Polski.
200 marek? Mógł Pan przecież wyjąć taką kwotę z kieszeni...
— Mogłem, ale chciałem, by wszystkie wydatki w firmie ewidencjonować — chodziło o najzwyklejszą uczciwość. Po kontroli dostałem propozycję: jeżeli pan sam napisze, że jest przestępcą i dobrowolnie podda się karze, to nie będzie problemu. Musiałem złożyć takie oświadczenie, ale źle się z tym czułem. Wtedy pierwszy raz miałem dość, chciałem wszystko rzucić.
Mimo korzystnych dla Pana i Optimusa opinii specjalistów, mimo faktu, że w analogicznej sprawie sąd uniewinnił już szefów innej komputerowej spółki JTT, fiskus i prokuratura twardo trzymają się swojej wersji i uznają Pana działania za obejście prawa...
— To nieporozumienie. Powtarzam: sposób sprowadzania komputerów do szkół wynikał wprost z ustawy i dlatego nie może być mowy o obejściu prawa. Poza tym eksperci, którzy zbadali sprawę, twierdzą jednoznacznie, że powinien ją wyjaśnić Naczelny Sąd Administracyjny a nie prokuratura. Nawet na posiedzeniu komisji sejmowej prokuratorzy nie wskazali artykułu, który naruszyłem, a przecież do wszczęcia działań prokuratury trzeba właśnie naruszenia prawa karnego.
Co będzie jednak, jeśli akt oskarżenia przeciwko Panu trafi do sądu, a ten uzna Pana winę?
— Wierzę w niezawisłość sądów i w to, że sędziowie nie ulegają naciskom. Zdaniem prawniczych autorytetów, doszukanie się w całej transakcji mojej winy jest niemożliwe. Jeśli jednak zostałbym uznany za winnego, to nie zawaham się przed skierowaniem sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
