Czytasz dzięki

Ursus ma nowe pomysły dla miast i wsi

To dopiero początek — przekonuje legendarny PRL-owski producent ciągników, chwaląc się sprzedażą w styczniu i lutym wyższą o 420 proc. Planów ma bez liku — nawet w… telekomunikacji

Bałkany, Brazylia, Afryka. Legenda polskiego przemysłu z czasów PRL — ciągnikowy Ursus — odbudowuje pozycję. W kraju chwali się trzycyfrowym wzrostem sprzedaży, za granicą odnawia stare znajomości.

Zobacz więcej

Po pierwszym zachwycie zachodnimi maszynami z różnymi technologicznymi nowinkami rolnicy sparzyli się na kosztach serwisu po okresie gwarancyjnym. U nas koszty posprzedażowe są znikome i widzimy, że polskie gospodarstwa wracają do marki, która sprawdzała się przez lata, czyli właśnie Ursusa - mówi wiceprezes Ursusa

To tylko rozruch

— W pierwszych dwóch miesiącach tego roku odnotowaliśmy wzrost sprzedaży ciągników o 420 proc. [w porównaniu z okresem styczeń-luty 2012 r. — red.], a to tylko rozruch. Dopiero w marcu zaprezentowaliśmy pełną nową kolekcję ciągników z unijnymi homologacjami. Miniony rok kończyliśmy jako dziesiąty producent na polskim rynku, a ten zaczęliśmy jako numer cztery. W ciągu pięciu lat chcielibyśmy na stałe wejść do pierwszej trójki producentów w Polsce pod względem wielkości sprzedaży — deklaruje Karol Zarajczyk, wiceprezes Ursusa.

Zdaniem Michała Poźniaka, z agencji Martin & Jacob, badającej rynek maszyn rolniczych, siłą ciągników Ursusa są ich prostota i cena.

— Dedykowane są głównie mniejszym gospodarstwom, które dominują w polskim rolnictwie, zaś większe wykorzystują je jako ciągniki pomocnicze. Dodatkowo spółka ma wprowadzić do oferty ciągniki sadownicze. To rynek, który dopiero się rozwija — ale z ogromnym potencjałem, biorąc pod uwagę powierzchnię sadów w Polsce — podkreśla Michał Poźniak. Karol Zarajczyk twierdzi, że Ursusa nie interesuje segment ciągników naszpikowanych elektroniką.

— Po pierwszym zachwycie zachodnimi maszynami z różnymi technologicznymi nowinkami rolnicy sparzyli się na kosztach serwisu po okresie gwarancyjnym. U nas koszty posprzedażowe są znikome i widzimy, że polskie gospodarstwa wracają do marki, która sprawdzała się przez lata, czyli właśnie Ursusa. Ogromny potencjał ma również konieczność wymiany maszyn na nowe. Krajowa średnia działających maszyn to 25 lat, podczas gdy unijna 8-10 lat. Wciąż 700 tys. z 1,5 mln jeżdżących w Polsce ciągników to legendarne Ursusy, więc rolnicy przywiązani są do tej marki — przekonuje wiceprezes Ursusa.

Bałkański przyczółek

Producent nie liczy jednak tylko na polskich rolników. W październiku otworzył fabrykę w Bośni i Hercegowinie w joint venture z Bobar Group (po 50 proc. udziałów).

— To ma być przyczółek na całe Bałkany. Bobar Group wyłożyła pieniądze na budowę fabryki, my daliśmy know-how, pracowników i znak towarowy. W Bośni i Hercegowinie ciągniki są montowane, części do nich produkowane są w Polsce, a następnie sprzedawane do zagranicznej spółki. Dzięki montażowi na miejscu mamy przewagę konkurencyjną — 20 proc. ceny produktu wytworzonego w Bośni i Hercegowinie zwraca tamtejszy rząd. Dzięki temu możemy konkurować z tanimi maszynami z Indii i Chin, które zalewają bałkański rynek — mówi Karol Zarajczyk. W tym roku spółka ma zmontować na Bałkanach 200 ciągników, a docelowo chce ich wytwarzać 1 tys. rocznie.

— Potencjał nie tylko Bośni i Hercegowiny, ale też Serbii, Macedonii, Albanii czy Chorwacji, jest ogromny — w większości z tych krajów automatyzacja rolnictwa utknęła w latach 80. Możemy tam sprzedawać sprzęt bez unijnych homologacji, który Ursus produkuje od lat — mówi Karol Zarajczyk. Podobne maszyny trafiają do Afryki, w której Ursus kiedyś realizował kontrakty.

— Kiedy firma popadła w tarapaty finansowe, nie wywiązała się z części umów, więc zaufanie odbiorców musimy odbudowywać. W przyszłym tygodniu lecimy z polskimi politykami do Nigerii, w której udało nam się pod koniec roku odnowić jeden z dawnych kontraktów. Podobnie było z rynkiem brazylijskim, na którym marka Ursus wciąż jest rozpoznawalna. W najbliższych tygodniach przyjadą do nas potencjalni kontrahenci z Brazylii — ten rynek również chcielibyśmy odzyskać. Ciekawe są dla nas także Rosja i byłe kraje radzieckie. Tamtejszy rynek opanowała państwowa białoruska firma, ale my też moglibyśmy znaleźć tam dla siebie miejsce — uważa wiceprezes Ursusa.

Wyścig z Solarisem

Nie samymi maszynami rolniczymi Ursus żyje. Pojazdy komunikacji miejskiej to pomysł na kolejną nogę biznesu.

— We francusko-ukraińskim konsorcjum będziemy dostarczać trolejbusy dla Lublina [wkład Ursusa to wyposażenie i montaż — red.]. Kontrakt wart 60 mln zł przełoży się na wyniki w 2014 r. Dla nas istotne jest to, że wygraliśmy w Lublinie z dominującym na tym rynku Solarisem. Teraz my również zaczynamy się liczyć. Na oku mamy kolejne przetargi, m.in. w Bułgarii. Zamierzamy startować z tymi samymi partnerami. Kolejnym etapem, po zwykłych trolejbusach i autobusach, będą pojazdy przegubowe — dodaje Karol Zarajczyk.

Miniony rok spółka zakończyła zyskiem netto w wysokości 5,6 mln zł (przypadającym na akcjonariusza jednostki dominującej) przy przychodach przekraczających 227 mln zł. Potrzebuje więcej pieniędzy na rozwój, ale raczej nie myśli o inwestorze.

— Nasze plany wymagają sporych funduszy. Zastanawiamy się nad emisją obligacji, rozmawiamy też z bankami o kredytach i czekamy na rozstrzygnięcie w sprawie dwóch unijnych projektów. Wszystko zależy od naszego większościowego udziałowca [Pol-Mot Holding z 61 proc. akcji — red.], który nie chce, by jego udział w firmie stopniał — tłumaczy wiceprezes Ursusa.

Zyskowny marketing

Oprócz dużych biznesowych projektów spółka angażuje się na niewielką skalę w przedsięwzięcia dość odległe od podstawowej działalności. Pojawienie się w ubiegłym roku na półkach napoju energetycznego Ursus „100 proc. Polish Agro Power” na razie ma wymiar czysto marketingowy. W tym roku spółka ogłosiła, że jej ciągniki zadebiutują w… popularnej grze komputerowej „Farming Simulator”.

— To na razie działania marketingowe, które w pełni na siebie zarabiają. Bardzo interesuje nas wejście z marką Ursus Mobile w telefonię komórkową. Nie chcemy jednak być hurtowym kupcem minut, ale stworzyć wespół z partnerem telekomunikacyjnym wiele serwisów informacyjnych dla rolników jak komunikaty o aktualnej cenie zbóż, dotacjach unijnych itp. Mamy ogromną wiedzę o grupie społecznej liczącej aż 14 mln osób, w której nasza marka jest w pełni rozpoznawalna. Mamy też pomysł, co tej grupie dostarczyć i w jaki sposób. Na razie nie udało nam się porozumieć z żadnym z operatorów, bo oni widzą w nas nowego wirtualnego operatora, a nas taka forma zupełnie nie interesuje — mówi Karol Zarajczyk.

Bałkańskie apetyty

Najświeższa głośna i na razie tylko potencjalna polska inwestycja na Bałkanach to przedsięwzięcie Mariusza Świtalskiego, negocjującego ze słoweńskim Mercatorem, właścicielem sieci detalicznej. W kierunku półwyspu zerka też Zbigniew Jakubas. Do Bośni i Hercegowiny chciał sprzedawać lokomotywy konstruowane w Newagu Gliwice, a wspólnie z chorwacką spółką Koncar planował wejście na rynek tramwajowy. Impexmetal, należący do Romana Karkosika, miał natomiast — na prośbę czarnogórskiego rządu — ratować tamtejszą hutę aluminium. Dwa lata temu udziały w kopalni cynku w Czarnogórze kupiły Zakłady Górniczo-Hutnicze Bolesław. Bałkański biznes dotychczas nieźle wychodził Asseco South Eastern Europe, choć jesienią spółka stwierdziła, że nie widzi już na tym rynku możliwości spektakularnego wzrostu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane