Urzędnik nie tak drogi, jak go malują

  • Jacek Kowalczyk
opublikowano: 19-07-2013, 00:00

Koszt administracji w Polsce jest niewysoki — twierdzi Bank Światowy. Ale nie bierze pod uwagę jakości kupowanych w ten sposób usług

Sektor publiczny w Polsce to ogromny pracodawca. W samej administracji publicznej pracuje 431 tys. urzędników. Jeśli doliczyć do tego armię, policję, wymiar sprawiedliwości, sektor ubezpieczeń społecznych, spółki komunalne, lekarzy i nauczycieli, łącznie polskie państwo zatrudnia około 3,5 mln osób, czyli mniej więcej co piąty polski pracownik najemny jest utrzymywany z pieniędzy podatników. Bank Światowy (BŚ) jednak uspokaja — Polska i tak jest w dość komfortowej sytuacji. Ciężar wynagradzania urzędników jest u nas relatywnie niski.

Według danych, na które powołuje się BŚ w raporcie przygotowanym na zlecenie Ministerstwa Finansów (MF), łączny fundusz płac dla urzędników (pensje plus składki) to w Polsce niespełna 10 proc. PKB, czyli około 150 mld zł.

Inni mają drożej

Na tle Unii Europejskiej to dość dobry wynik. Średnio we wspólnocie odsetek ten wynosi prawie 11 proc., a w Danii jest to nawet ponad 18 proc.

— Koszt wynagrodzeń urzędników nie jest w Polsce czymś, czym należałoby się specjalnie przejmować. Ten koszt jest dość stabilny i na tle UE kształtuje się raczej w dolnych obszarach. Nie widzimy ze strony kosztów administracji zagrożenia dla polskich finansów publicznych — mówi William Dillinger, ekonomista Banku Światowego.

W Polsce na 1000 obywateli przypada 28 urzędników. Średnio w Unii Europejskiej wskaźnik ten wynosi 31, we Francji 38, a w Danii 52. Najmniej urzędników ma Finlandia — 22.

— Raport BŚ obala mity na temat polskiej administracji publicznej. Pokazuje, że wcale nie mamy wyjątkowo silnej armii urzędników ani ich zarobki nie są wygórowane — przekonuje Ludwik Kotecki, główny ekonomista MF.

Urząd daje władzę

Niestety, porównanie BŚ pokazuje tylko stronę kosztową administracji. Nie porusza natomiast tego, jak różni się między krajami UE jakość usług świadczonych przez organy publiczne. Mogłoby się okazać, że choć inne kraje płacą urzędnikom lepiej niż Polska, to „stopę zwrotu” z tej inwestycji osiągają lepszą — tamtejsi obywatele i przedsiębiorcy otrzymują po prostu lepszej jakości świadczenia niż Polscy. Nieco światła rzuca na tę sprawę inny raport BŚ — ranking „Doing business”. Pokazuje np., że w Polsce czas wydawania pozwolenia na budowę trwa 301 dni. Daje nam to dopiero 161. miejsce na 185 państw świata. Wśród krajów UE, tylko na Malcie urzędnicy dłużej wydają decyzję. Niewiele sprawniej działa polska skarbówka. Przeciętnemu przedsiębiorcy uregulowanie zobowiązań podatkowych zabiera w Polsce 286 godzin, co plasuje nasz kraj dopiero na 114. pozycji. Tylko w czterech krajach UE machina skarbowa jest bardziej ociężała niż w Polsce. To głównie skutek złego prawa podatkowego nad Wisłą, ale częściowo też opieszałości urzędników.

— Polscy urzędnicy są hamulcem dla naszej gospodarki. Ich działania nie są nastawione na rozwiązywanie problemów, ale na procedowanie spraw — mówi Jan Mikołuszko, prezes budowlano-deweloperskiej spółki Unibep. Firma prowadzi interesy również np. w Norwegii. Przekonuje, że tamtejsze urzędy, choć są bardzo skrupulatne, działają znacznie sprawniej niż polskie.

— Jakiś czas temu mieliśmy przed norweskim sądem sprawę. Po kilku dniach od rozpoczęcia procesu sędzia sam zaproponował treść ugody, na którą chętnie przystaliśmy. Ponadto, nie spotkaliśmy się w Norwegii z jakąkolwiek sugestią korupcji — mówi Jan Mikołuszko (o polskich doświadczeniach woli nie rozmawiać). Najlepszego zdania o polskich urzędnikach nie ma też Tadeusz Iwanowski, prezes Polsko-Szwedzkiej Izby Gospodarczej.

— W Polsce urzędnik nadal ma poczucie władzy nad obywatelem — w pewniej mierze może decydować, jak rozstrzygnie jego sprawę. W Szwecji urzędy działają znacznie sprawniej i są tego dwa powody. Po pierwsze, urzędnik czuje, że jest usługodawcą zatrudnionym przez obywatela. Po drugie, prawo jest tak przejrzyste, że urzędnik ma niewiele miejsca do subiektywnej oceny — twierdzi Tadeusz Iwanowski.

OKIEM PRZEDSIĘBIORCY
Dwie dekady zapóźnienia


GUIDO VREULS
dyrektor agencji pracy OTTO

Polskie urzędy pracy — bo z takimi instytucjami najczęściej współpracujemy — są w miejscu, w którym urzędy w Niemczech czy Holandii były 20 lat temu. Polscy urzędnicy są zakopani w administracji, co pochłania czas, który mógłby być poświęcony na merytoryczną pracę. Ponadto polskie urzędy nie współpracują ze sobą i nie korzystają z nowoczesnych, skutecznych form pośrednictwa — portali z ofertami od pracodawców czy usług agencji pracy. Oferują jedynie szkolenia zawodowe, które odbiegają od potrzeb rynku pracy. Tymczasem w Holandii ten system działa znacznie sprawniej. Funkcjonuje „jednookienkowa” administracja — bezrobotny zgłasza się do urzędu pracy, otrzymuje propozycje usług doradczych lub szkoleniowych i oferty pracy od współpracującego z urzędem przedstawiciela prywatnej agencji. Informacje o jego statusie zatrudnienia są automatycznie przesyłane do odpowiednich instytucji typu urząd skarbowy czy ZUS. Centralizacja procesu ogranicza administrację, błędy, pozwala oszczędzić czas bezrobotnego i urzędników. [JKW]
© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk, EG

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu